Ducha nie gaście

Moje refleksje

To nie sztuka

Rubens "Daniel w jaskini lwów"

obraz Rubensa Daniel w jaskini lwów (ta refleksja zrodziła się we mnie w związku z nawałem pracy w przychodni; możliwe, że to dlatego, że w zawodzie lekarza chwila słabości może zaważyć na ludzkim zdrowiu; myślę jednak, że pokusa przeniesienia swoich frustracji na innych dopada każdego)



To nie sztuka dobrze wykonywać swoją pracę lub obowiązki gdy masz dobry dzień, jesteś wypoczęty, wszystko Ci się układa, masz powody tylko do radości, dostajesz same pochwały...

    Ale WIELKĄ SZTUKĄ jest dać z siebie wszystko pomimo:
  • zmęczenia
  • nawału obowiązków
  • dopadających Cię zmartwień
  • gdy masz wrażenie, że wszystko za co się zabierasz rozpada się
  • gdy masz odczucie, że osoba dla której się poświęcasz nie będzie potrafiła docenić Twojego wysiłku
  • gdy ktoś Cię zdenerwuje, skrytykuje lub dostaniesz burę od szefa
  • gdy nic Cię nie cieszy i masz ochotę wszystko zostawić...
    A jednak warto podjąć trud, bo
  • przekonasz się, że Twój wysiłek przynosi owoc
  • dawane dobro wróci do Ciebie w wielokrotności
  • prędzej czy później zostaniesz doceniony
  • gdy miną zmartwienia i przyjdzie czas na odpoczynek będziesz mógł spojrzeć w lustro i powiedzieć sam do siebie: "nie nawaliłem"

Komentarz Ani

no właśnie owoce dobra często zbiera się później ..widocznie tak ma być i już .....codziennie prosząc o swój Krzyż codzienności mam w głowie słowa Różańca ze św. Ojcem Pio ,, Krzyż Cię nigdy nie przygniecie ; jego ciężar może tobą zachwiać lecz jego moc cię podtrzyma .;;

Jesteś tym co czynisz

"Nawet jeśli inni odejdą, ja nie"

obraz Nawet jeśli inni odejdą, ja nie Myślę, że każdemu z nas zdarzyło się złożyć obietnicę i jej nie dotrzymać.

Jest takie hebrajskie słowo DABAR znaczące: to co pomyślał- powiedział-uczynił (za "Ambon@ online" ks. Daniel Wachowiak). Oczywistym jest, że z racji nieosiągalności dla człowieka odnosi się do Boga, bo tylko On jest tak doskonały.

Żeby powstał czyn najpierw musi być myśl, również z punktu widzenia fizjologii człowieka (żeby zrobić krok naprzód musi powstać myśl "idę" i dopiero impuls z mózgu uruchamia mięśnie). Ale nasze myśli są różne, bo powstają pod wpływem różnych emocji, pozytywnych i negatywnych. Bogu dzięki, że nasze myśli nie stają się od razu czynem.

Jednak część z naszych myśli werbalizujemy, wypowiadamy je przy świadkach. Te słowa też mają różny kontekst i znowu nie zawsze pozytywny. Bogu dzięki, że nasze słowa nie mogą automatycznie zamienić się w czyn.

Ale jednak to właśnie czyn jest na końcu tego układu. Czyn przeszedł już przez myśl, najczęściej również słowo. I dlatego to czyn świadczy o nas w największym stopniu. Nie jest ważne, że miałeś dobre chęci. Nie jest ważne, że obiecałeś poprawę. Liczy się to co robisz. I myślę tu raczej o ukierunkowaniu swojego działania, a nie pojedynczym czynie. Miałeś czas na przemyślenie tego co obiecałeś. Miałeś czas na zdecydowanie czy wypowiesz głośno obietnicę. Jeśli to zrobiłeś działaj, bo to czyn wprawia w ruch Twoje myśli i słowa i będzie podstawą oceny Twojej osoby na tym i tamtym świecie.

Jest taka przypowieść o dwóch synach, których ojciec poprosił o popracowanie w winnicy (Mt 21,28). Jeden obiecał, ale nie zrobił tego. Drugi odmówił, ale ostatecznie wykonał polecenie. Chrystus stawia pytanie: "Któryż z tych dwóch spełnił wolę ojca?" No właśnie, który?

Którym Ty jesteś/ będziesz, bo nie wystarczy, że będziesz chciał (poziom myśli) być?

Komentarz Violetty

Każdemu też zdarza się być jak owi bracia z przypowieści,ale ważne, aby w odpowiednim czasie pojawiła się..."nieudawana skrucha i prośba o niezasłużone wspomnienie...Jezu wspomnij na mnie..."Chciałabym być lepsza,ale widząc swą głupotę,mając świadomość własnej grzeszności i'' powołania do świętości"(z Wiarą)coraz częściej wołam jak celnik z innej przypowieści "Boże miej litość dla mnie grzesznika".

O burzeniu

"Przejście przez Morze Czerwone"

obraz Przejście przez Morze Czerwone Kiedyś usłyszałam słowa jakie wypowiedział Lech Wałęsa o braciach Kaczyńskich: "Oni umieją jedynie burzyć, niczego nie zbudują". I choć nie jestem rozpolitycznioną osobą to uważam, że te słowa idealnie oddają sposób działania tych ludzi.

Gdy patrzę dookoła widzę, że zdecydowana większość burzy. Wczoraj podczas kazania na Mszy na zakończenie Studium Rodziny biskup Balcerek powiedział: "Idziecie na duchowy bój, idziecie do świata, który mówi, że rozwody są dobre, że człowiek ma prawo do in vitro, że należy uznać małżeństwa homoseksualne, że ... (i tu wymienił jeszcze kilka przykładów)". Człowiek burzy, bo mu się wydaje, że jest tak (cholernie) mądry, że już bardziej nie można.

Najtrudniejsze dla mnie jest jednak to, że to burzenie dotyka mnie jeszcze bliżej. Podam tylko jeden przykład. Włożyliśmy wiele wysiłku w wychowanie dzieci, a teraz nagle są one poddawane "burzeniu". Uczniowie przekonują, że teraz do szkoły to już nikt nie musi chodzić, nauczyciele śmieją się z tego, że rodzice wysyłają dzieci do szkoły (nie wiem co w tym śmiesznego). Młodzież chodzi na wagary, do kolegi na grilla i że rodzice (!) usprawiedliwią im te nieobecności. Trud włożony w wychowanie do odpowiedzialności, hartowania do nudy i monotonii życia codziennego jest burzony przez innych. A do tego jeden wspiera drugiego i za dziwaka traktowany jest ten kto nie ulega.

Jak łatwo jest burzyć!

Jak trudno jest budować!!!

Ci burzący są niestety w przewadze. Trzeba nauczyć się ich odróżniać. Burzyciele nie zawsze działają w pełni świadomie. Jeśli burzą celowo to najrzadziej robią to bez ogródek, a najczęściej po cichu, pod przykrywką walki o wolność, tolerancję, powołując się na różne autorytety. Mogą też chcieć najpierw zdobyć nasze zaufanie, aby trudniej było spojrzeć obiektywnie na efekty ich działań. Najgorsze jest to, że burzenie jest "zaraźliwe" a rozmiar zniszczeń nie do oszacowania.

Trzeba nauczyć się radzić sobie z burzącymi, czyli po prostu się nie dać, bo ostatecznym efektem ich działania będzie zburzenie spokoju naszego sumienia.

Komentarz Violetty

To co można było i słyszy się o braciach Kaczyńskich przekracza granice? dobrego smaku?,tym bardziej jeśli chodzi o śp. Lecha Kaczyńskiego. Chyba nikt z nas nie jest upoważniony to takiego wręcz oczerniania kogokolwiek,gdyż nikt z nas nie jest ideałem,a szacunek należy się każdemu,a szczególnie zmarłym. Jeśli chodzi o burzenie to jest to już chyba masowy problem. Myślę,że jest to nic innego jak zabijanie Słowa Bożego i odchodzenie od Ewangelii..Wspierają się ci co burzą,ale wspierają się też ci ,którzy BUDUJĽ. Pamiętać należy,że? tam gdzie wzmaga się grzech jeszcze bardziej rozlewa się łaska?, a naszym wspomożycielem jest Bóg. Jestem mamą nastolatki i życzę wszystkim rodzicom i sobie też ,abyśmy mieli tak wiarę by nie ulegać pokusom tego świata, a nasze dzieci były godnymi świadkami Jezusa wśród ludzi.

Kim jesteś

"Ukrzyżowanie"

obraz Ukrzyżowanie W czasie czytania Męki Pańskiej w niedzielę przewinęło się w Ewangelii wiele postaci. Pomyślałam, że były one nie tylko fizycznie ludźmi, ale prezentowały pewne postawy życiowe.

Kim jesteś?

Czy jesteś jak apostołowie, którzy zasnęli zamiast czuwać? Czy nie jest tak, że na słowa przychodzącego Chrystusa "Oto jestem" przysypiasz gdzieś w kącie swojego życia? A może jesteś jak Judasz? Pieniądze mają dla ciebie tak dużą wartość, że wszystko za nie oddasz? Oddasz ideały, zapomnisz o normach moralnych, zdradzisz przyjaciół? A może masz w sobie coś z Piłata. Znasz przykazania i właściwie stosujesz się do nich, ale gdy znajdziesz się pod murem to może trochę powalczysz, ale ostatecznie umywasz ręce i zwalniasz się z odpowiedzialności za zło, które się wydarzy.

A może jesteś jak Piotr? Mówisz, że wierzysz w Boga, nawet przystępujesz do sakramentów, ale w chwili, gdy trzeba przyznać się do Chrystusa udajesz, że Go nie znasz, że nie masz z Nim nic wspólnego. A może stoisz w życiowym tłumie. Tłum ma wielką siłę, ale jest w nim coś bezmyślnego. Tłum zapewnia anonimowość. Jeśli trzeba to powiesz: wszyscy wokół mnie krzyczeli, ale ja się nie odzywałem, albo mówisz: to ja krzyczałem najgłośniej. A może jak żołnierze rzucający los o szaty budujesz na czyimś nieszczęściu.

Panie daj mi być choć Szymonem, abym przymuszona przez życie potrafiła nieść swój krzyż!

Komentarz Violetty

Na to pytanie odpowiedz prawdziwą zna chyba tylko sam Jezus,a ja mam nadzieję,że nie jestem w tym hałaśliwym tłumie lub jak Judasz czy Piłat ,ani nawet jak te płaczące niewiasty. Chciałabym być raczej jak św. Weronika i św. Maria Magdalena.

Komentarz x. Daniela

A ja lubię widzieć siebie w łotrze - prosząc Pana, bym był ostatecznie tym dobrym ;-)...

Prawo "Mogę bo"

Znam panią teolog, która klnie jak szewc. Może gdy jest zła. Kiedy indziej matka trójki dzieci powiedziała mi, że mimo bycia katoliczką bierze antykoncepcję. Może, bo przecież ma już trójkę dzieci a więcej nie chce. Ktoś inny opowiadał jak oszukuje swojego szefa. Też może to robić, bo szef oszukuje jego. Mogę, bo tak robią wszyscy. Mogę, bo trzeba iść z duchem czasu. Mogę, bo...

Pan Bóg dał nam kilka tysięcy lat temu dziesięć przykazań. Dał je wszystkim ludziom. Ale dał je też każdemu z osobna, do rozważania, do stosowania. Człowiek stworzył prawo "mogę, bo...". Czy chciał poprawić Boga?

Czy nie za dużo w naszym życiu ludzkiego "mogę, bo..."

Komentarz Violetty

Myślę,że nie tylko za dużo jest tego "mogę ,bo...",ale istnieje ogromny napływ i uległość przyjemnością tego świata,czynienia wszystkiego, byle tylko jak najdalej od Boga,od Dekalogu,który jest jak tortury w Średniowieczu,bo wynika z niego, że wszystko jest grzechem. Niestety z taką rzeczywistością spotykam się w swoim życiu,słyszę, że Bóg wszystkiego zabrania,zakazuje,a jeśli usłyszą Prawdę,mówią:ty w małżeństwie też grzeszysz więc... Cóż prawdą jest też,że najpierw należy "...usunąć belkę ze swego oka..." Dzięki Bogu są i zawsze będą ci pragnący żyć dla Pana i rozważać Jego Słowo,a nie tylko biernie słuchać. Panu Bogu i tak zależy na każdym z nas.

Boży błąd?

El Greco "Agonia w Ogrodzie"

obraz El Greco Agonia w Ogrodzie Ostatnio zastanawiam się nad pewną kwestią. Jeśli Bóg stworzył człowieka na swój obraz i podobieństwo to dlaczego człowiek grzeszy. Czyżby doskonały Bóg popełnił błąd.

Myślę o stworzonym przez Boga świecie. Prawa natury są doskonałe. Gdy coś ulega procesowi niszczenia uruchamiają się mechanizmy autonaprawcze. Znane z ekonomii prawo popytu i podaży, mechanizm sprzężenia zwrotnego regulujący poziomy hormonów (i nie tylko) i regulacja ilości osobników w populacjach zwierząt opierają się na tej samej zasadzie. Z jednej komórki zygotycznej powstaje organizm tak złożony jak ciało człowieka. Na dodatek w tej jednej komórce zapisane jest nie tylko to jak człowiek będzie wyglądał po urodzeniu ale także cała dynamika wzrostu w czasie.

Wszystko co Bóg stworzył jest doskonałe, opiera się na uniwersalnych prawach. Jak to więc możliwe, że człowiek tak błądzi skoro powstał z rąk i na wzór Boga. Myślę o tym jaki jest Bóg. Jest nieskończenie dobry, ale właściwie człowiek też z natury jest dobry. Bóg jest miłością. Człowiek też potrafi kochać. Bóg chciał stworzyć świat, miał wolę stworzenia człowieka na swój obraz i podobieństwo. Taką też wolną wolę dał człowiekowi. Miłość Boga do człowieka wyraziła również w tym, że nie chciał go w niczym ograniczać. Wolna wola. Czy to nie tu leży problem słabości człowieka. A jednak dzięki temu darowi to my decydujemy o swoich czynach. Nikt nie może nas zmusić do grzechu.

Komentarz Violetty

Właśnie!Grzeszność moja i świadomość,że wszyscy grzeszymy czasem mnie smuci,a nawet drażni,bo mimo starań nigdy nie będę bezgrzeszna i nigdy nie będę taka jak Jezus;to oczywiste. Nie wiem tylko, czy to pragnienie oznacza moją miłość do Boga ,czy raczej moją pychę?! Jasne jest natomiast dla mnie to,że człowiek grzeszy ,gdyż chce zawsze być ponad Bogiem,myśli,że mu się to uda,stawia siebie często na równi z Panem,kieruje się swoimi ambicjami i żądzami. Najgorzej kiedy wybieramy świadomie zło licząc ciągle na Miłosierdzie Boże. Przecież nawet czyniąc dobro możemy w owym dniu usłyszeć "...Nigdy was nie znałem..."

Tęsknota

"Dusza niesiona do nieba"

obraz Dusza niesiona do nieba Nie wiem czy każdy będzie w stanie zrozumieć o co chodzi mi w tym wpisie, ale umieszczam go. Ostatnio byłam w miejscu, gdzie panowało zło. W ciągu półtorej godziny obserwowałam podobno (choć kiedyś na pewno) kochających się ludzi, którzy skakali sobie do oczu, ubliżali, rzucali przekleństwa. Myślałam, żeby jak najszybciej stamtąd uciec i poczułam wielką tęsknotę za osobą o czystym sercu. Gdy nareszcie mogłam się wyrwać zadzwoniłam do męża, aby pojechał ze mną zatankować paliwo. Oczywiście umiem to robić, ale chciałam jak najszybciej znaleźć się koło takiej osoby. Przez kilka minut nie byłam w stanie rozmawiać. Wystarczyło jednak, że był obok.

Jeszcze nigdy nie zdarzył mi się taki rodzaj tęsknoty. I zrozumiałam po raz kolejny, że szatan nie przynosi spokoju. Osoba Boża będzie od niego uciekać, tak bardzo źle się czuje w jego obecności. Pomyślałam też, że jeśli tak mnie bolała cała ta sytuacja, padające słowa i gesty to co czuł Pan Jezus.

Panie Jezu, Ty też na pewno tęsknisz za czystymi sercami. Sercami choć niedoskonałymi to jednak chcącymi kroczyć Twoją drogą. Sercami uciekającymi przed złem i wracającymi do Ciebie po upadku.

Tęsknota za czystym sercem. Czyimś czystym sercem. Moim czystym sercem.

Komentarz Violetty

Ta tęsknota to chyba nic innego jak pragnienie sprawiedliwości i pokoju. Mnie kojarzy się z pragnieniem życia w Duchu 8 Błogosławieństw,które odczuwają osoby kochający Ewangelię.

Słowo

Raphael "Jezus wybiera Piotra"

obraz Raphaela Jezus wybiera Piotra Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo. Używając kilkakrotnie słowa o znaczeniu "Niechaj się stanie" Bóg stworzył Świat. Przez (słowo) "fiat" Maryi "Słowo Ciałem się stało". Na "Wstań" Jezusa młodzieniec z Nain ożył. Gdy Chrystus powiedział "Ja jestem" żołnierze, którzy przyszli, aby Go pojmać, upadli na ziemię. Setnik zwrócił się do Jezusa: "powiedz słowo, a mój sługa będzie uzdrowiony"

Jeśli słowo ma taką moc, to dlaczego tak często to co mówimy jest kłamstwem, rani, oskarża, gorszy? Czemu na naszym słowie nie można polegać? Czemu tyle wypowiedzianych słów jest wulgaryzmem?

Słowo może nieść pomoc, pocieszenie. Może być dobrą radą lub wskazówką. Może brzmieć jak najpiękniejsza muzyka. Potrafi spowodować, że na smutnej twarzy pojawi się uśmiech. Potrafi wlać do serca nadzieję; rozgrzać do walki. Słowem można wzruszyć do łez, można prosić o wybaczenie i je uzyskać. O sile słów "proszę, przepraszam, dziękuję" przekonuje się przedszkolaki. Są słowa, których wypowiedzenie zmienia całe życie np. "tak" w czasie przysięgi małżeńskiej czy "syn!" podczas porodu.

Jednak to co najistotniejsze to fakt, że wypowiedzianego słowa nie da się cofnąć, a ono może tak wiele...

Wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, co się stało. W Nim było życie, a życie było światłością ludzi, a światłość w ciemności świeci i ciemność jej nie ogarnęła.

Spojrzenia

Lee Hodges "Ja jestem dobrym pasterzem"

obraz Lee Hodgesa Ja jestem dobrym pasterzem Ostatnio zastanawiałam się czy dotknął mnie kryzys "połowy wieku". Wszystko przez to, że bardzo dokucza mi i ogranicza moja fizyczność. Dużo chcę robić, ale moje ciało odmawia posłuszeństwa. To co kiedyś nie sprawiało problemu teraz staje się niewykonalne. To okropne uczucie, ale powoduje, że zaczynam oglądać się wstecz.

Patrzę do tyłu i ogarnia mnie duma, że zdołałam unieść takie obciążenie. Patrzę do przodu. Z przerażeniem stwierdzam, że nic mi nie ubędzie. Wręcz przeciwnie rysują się nowe problemy. Myślę o mojej słabnącej fizyczności.

Patrzę wstecz i myślę: "Panie Boże, jak mogłeś pozwolić nieść mi taki krzyż; przecież wiedziałeś, że będzie jeszcze cięższy?". Patrzę w przód i zadaję pytanie: "Panie Boże dlaczego mam go nieść dalej, przecież wiesz, że sił mi ubywa?". I zastanawiam się czy Pan Jezus niosąc swój Krzyż kiedykolwiek (tak jak ja teraz) patrzył w przód jak długo będzie Go musiał nieść.

Patrzę w tył. Pan Bóg zawsze był przy mnie. Nigdy mnie nie opuścił, choć czasem bałam się, że zostałam sama. Zawsze stawiał na mojej drodze kogoś kto mi pomagał, zsyłał pocieszenie. Patrzę w przód. Krzyż ciężki, ale przecież wiem, że Pan Bóg mnie nie zostawi.

Może lepiej nie patrzeć w przyszłość. A może to szatanowi zależy na tym, aby zasiać we mnie niepokój i zwątpienie?

W Tobie Panie zaufałem, nie zawstydzę się na wieki!

Komentarz Ani

Błogosławieni jesteśmy jeśli potrafimy tłumaczyć z wyrozumiałością postawy ludzi, nawet wbrew pozorom: może zostaniemy uznani za naiwnych, ale taka jest właśnie cena miłości. Matka Teresa ... to po tygodniu pracy (wspólnej ) w gabinecie i wielu spraw, które nam się przytrafiły ... jak można być nieszczęśliwym ???????ja jestem najszczęśliwsza jak ... fru

Komentarz A.

codziennie proszę Boga "daj mi Panie mój codzienny krzyż " i wiesz, mam wtedy pewność że jest ze mną nie straszne mi codzienne sprawy ,problemy moje ułomności nawet te z wiekiem(siwym włosem zauważonym w lustrze ) czy jak ta dzisiejsza z pamięcią... zapomniałam bardzo ważnej kwestii w dniu dla mnie tak ważnym jak dzisiejszy( rocznica -kolejna- śmierci mojego taty ) ,nie mogłam sobie przypomnieć ... pierwszy raz czułam się jak bym zapomniała jak się nazywam to było straszne ... tacy jesteśmy z wiekiem tyle spraw przychodzi ... a ja codziennie wstaję i proszę o Mój Krzyż i już/// A.

Komentarz Violetty

Czytając ten tekst nasuwa mi się piękne zdanie,które usłyszałam wczoraj na Noworocznej Eucharystii:swoją przeszłość powierzam Twojemu Miłosierdziu,teraźniejszość Twojej Miłości, a przyszłość Twojej Opatrzności. Myślę,że jeśli tak uczynimy będziemy radośni nawet w cierpieniu,będziemy widzieć piękno w starości,będziemy radować się nawet w smutku,gdyż prawdziwą Radość można przeżyć nawet w największym cierpieniu,a szatan nie lubi ludzi radosnych,zmierzających ku wieczności mimo upływu lat,utraty sił czy narastających problemów.

Lęk spowiedzi

Petro Longhi "Spowiedź"

obraz Petro Longhi Spowiedź Wielokrotnie przed przystąpieniem do spowiedzi św. odczuwam lęk. Nie mam grzechów ciężkich, więc lęk wydaje się być zupełnie nieuzasadniony. Gdy się pojawia jest ogromny. "Wali" mi serce, szumi w głowie, chcę uciekać z kościoła, a w głowie wymyślam wiele powodów dla których do tej spowiedzi nie powinnam, nie muszę, nie zdążę... iść. Lęk się zmniejszył, gdy powiedziałam o tym mojemu przewodnikowi duchowemu.

Ale zadziwiające jest to, że jednocześnie jakaś ogromna siła wręcz pcha mnie, żebym do tej spowiedzi poszła. To popychanie jest tak silne, że mimo lęku klękam przed konfesjonałem. Moja spowiedź wydaje się taka "zwykła". Tylko ja wiem ile tak naprawdę kosztuje mnie to uklęknięcie.

Czemu o tym piszę (to przecież bardzo osobiste)? Piszę, bo jestem przekonana, że ten lęk jest działaniem złego ducha, a tak wielu wątpi w jego obecność.

Mam nadzieję też, że kiedyś się dowiem kto mnie chroni.

Komentarz Violetty

Oczywiste jest ,że lęk to "działka" złego ducha,któremu zależy na tym abyśmy się nie spowiadali,gdyż nie ma takiej potrzeby;że grzech nie istnieje. Doświadczyłam największego lęku przed i w trakcie spowiedzi po 9 latach od ostatniej. Później były następne spowiedzi i też lęki,aż do momentu szczerej spowiedzi,do której wierzę PAN mnie w końcu po wielu próbach doprowadził. Teraz odczuwam raczej złość,że muszę iść znów z tymi samymi grzechami,że mimo starań ciągle grzeszę,ale odczuwam też spokój bo oczyszczam się z nich,oczyszczam z grzechów lekkich,staram się żyć jak najbliżej Boga,karmić Jego Słowem i Ciałem jak najczęściej;to najlepsza recepta na pozbycie się lęku,na spokój ducha i radość życia.

Postęp medycyny

"Wskrzeszenie córki Jaira"

obraz Wskrzeszenie córki Jaira Przyszła do mnie niedawno kobieta. Z płaczem opowiadała o swojej synowej, która leży w szpitalu. Jest w 25 tygodniu ciąży (dla przypomnienia ciąża trwa 40 tygodni), ale wykonywane badanie USG wykazuje, że dziecko zatrzymało się na poziomie 21 tygodnia. Przestało rosnąć. Matka czuje jego ruchy, przy podłączeniu do aparatu 4x na dobę słyszy bicie jego serca. Z punktu widzenia lekarskiego dziecko nie przeżyje. Ma prawdopodobnie wadę łożyska i to powoduje blokadę dopływu krwi. Nikt nie daje im nadziei. Gdyby nie badania USG rodzice nie wiedzieliby o problemie. Pewnego dnia zacząłby się poród. A teraz w cierpieniu tak naprawdę czekają na śmierć dziecka, które kochają, choć stale mają nadzieję.

Nie zawsze postęp medycyny niesie dobro.

Nagrodę Nobla dostał "ojciec" in vitro. Ja jednak nie widzę niczego szczególnego w tym, że rodzi się jedno życie, a przy okazji zabija wiele innych istnień ludzkich. W kalendarzu obowiązkowych szczepień u dzieci używane są szczepionki produkowane na komórkach uzyskanych z aborcyjnych płodów. Szczepienia przeciwko odrze, śwince, różyczce wykonywane u dzieci chronią przed zachorowaniem na niemożliwy do określenia czas. U większości jednak ochrona kończy się w momencie, gdy akurat młoda kobieta może zacząć planować ciążę. Na czym więc polega sens tego szczepienia? Szczepienie p-ospie jest promowane pod hasłem "Ospa szpeci" (czy ktoś zna osobę oszpeconą przez ospę?).

Nie jestem przeciwko postępowi w medycynie. Jest on konieczny. Dzięki niemu wielu ludziom udało się pomóc, przedłużyć czy uratować życie. Chodzi jednak o zachowanie pewnych zasad etycznych. Wiem, że poruszyłam trudny problem, ale może warto się zastanowić nad wyznaczeniem granic ludzkich poszukiwań i działań.

Niedawno czytałam książkę "Oskar i pani Róża". To historia chłopca umierającego na białaczkę. Gdy nie udał się przeszczep szpiku zmienił się stosunek lekarzy do niego. Nagle miły i zawsze uśmiechnięty pan doktor przestał się uśmiechać. Kilkuletni chłopiec sądził, że to wszystko dlatego, że jego przypadek zawiódł medycynę. Nie poddał się nowym metodom leczenia. Psuł statystyki wyleczeń, a przecież medycyna chce mieć wszystko pod kontrolą.

Czy goniąc za postępem nie gubimy czegoś o wiele bardziej cennego?

Komentarz Violetty

Żaden cel nie uświęca środków;nie można kosztem innych,np. bogacić się finansowo,nie wolno kosztem cierpienia drugiego człowieka odnosić sukcesów zawodowych;czerpać radość z porażek innych,nie można być powodem łez u drugiego człowieka... Nie wolno dobra zdobywać złem,lecz ZŁO DOBREM ZWYCIĘŻAĆ. Nigdy nie zdobędziemy piękna poprzez brzydotę. Są po prostu sprawy bezdyskusyjne,ale to również kwestia wyboru,gdyż Pan Bóg dał nam wolną wolę. Uważam,że w pewnych dziedzinach jesteśmy niewolnikami postępu w negatywnym sensie, a powinniśmy być niewolnikami, ale Miłości Boga.

Komentarz Ani

BARDZO TRUDNY TEMAT ... za każdym razem kiedy z lodówki w gabinecie wyciągam szczepionkę MMR i widzę 23/3 .żeby chyba się bronić w sobie ,na chwilę chwytam palec prawej ręki z moimi obrączkami jedna jest od mojego męża ,którą nałożył mi w dniu naszego ślubu druga jest spełnionym marzeniem różańcem na który złożyły się ważne osoby w moim życiu ... nie trudno chyba zgadnąć którą z nich chwytam i ... pracuję i szczepię.

"Nie daj się wkręcić w tą niewłaściwą."

Memling "Sąd Ostateczny"

tryptyk Memlinga Sąd OstatecznyW naszym życiu dokonujemy wielu wyborów. Wybieramy, na przykład, produkt tego czy innego wytwórcy, ale są też wybory o wiele więcej znaczące.

Gdy jesteśmy mali to w wielu sprawach decydują za nas rodzice i w jakimś sensie na nich spada odpowiedzialność. Mogą np. nakazać nam: "Idź przeproś Małgosię!" Z małych dzieci rosną większe i to my zaczynamy wybierać. Na tym etapie rodzice jeszcze mogą kształtować nasze późniejsze decyzje. Na przykład: dziecko wraca z przedszkola i mówi, że bił się z kolegą bo on go przypadkowo potrącił. Rodzic może powiedzieć: "bardzo dobrze, przecież nie możesz być popychadłem", ale może też powiedzieć "wiesz synku, rozwiązywanie problemów siłą nie jest dobre...". Z biegiem czasu i dorastaniem w naszych wyborach stajemy się coraz bardziej samodzielni. W latach szkolnych wybory dotyczą problemu np. odrobienia lekcji lub ucieczki z nich; pomoc chorej koleżance lub zabawa z kolegami; okłamanie lub nie rodziców. Nie muszę pisać, że ciężar problemów i ranga wyborów jakie niesie ze sobą życie osoby dorosłej są o wiele większe.

I tak wstępujemy na drogę, która staje się jakby spiralą i zaczyna przyspieszać. Jeśli wybieramy dobro, to wybór kolejnego dobra przychodzi łatwiej, a kolejnego jeszcze łatwiej. I odwrotnie. Jeśli skłamiemy w drobnej rzeczy łatwiej będzie nam skłamać w większej. Często bywa też tak, że zło rodzi kolejne zło. Wybieranie dobra, mimo że czasem ze stratą dla nas, przynosi spokój. Wybór zła zaczyna rodzić napięcie; ciągle nam czegoś brakuje, ciągle jesteśmy niezadowoleni. Przez całe swoje życie przeskakujemy ze spirali dobra na spiralę zła. Jednak im dalej, tym coraz trudniej jest przeskoczyć.

Jeśli wybieramy dobro to na końcu drogi wpadniemy w samo źródło dobra, którym jest Miłość Boża. Jeśli pozostaniemy na spirali zła, to wpadniemy w źródło zła, którym jest szatan. Bogu zależy na człowieku. Szatan zaś chce się zemścić na Bogu i używa człowieka jak narzędzia.

Twoja spirala regularnie przyspiesza. Nie daj się wkręcić w tą niewłaściwą.

Ten tekst jest wielkim skrótem myślowym; mam nadzieję, że udało mi się oddać sens tego, co chciałam przekazać.

Komentarz xDaniel:

Udało się przekazać Sens - dziękuję ;-) -

"Dobry wiatr"

zdjęcia dmuchawcaCzasem jestem na siebie zła o to, że nie potrafię tak całkowicie i bezwarunkowo zawierzyć Bogu. Jestem zła, że nie potrafię być jak ziarnko niesione dobrym wiatrem.

Ziarnko jest całkowicie zależne od wiatru. Nie dyskutuje z nim i nie traci energii na lot. Niesione przelatuje nad polami, łąkami, lasami, wodami i budynkami. Te widoki bywają piękne i beznadziejnie szare. Lecąc często dotyka na chwilę ziemi. Czasem upada w miejscu osłoniętym od dobrego wiatru. Ale wtedy wiatr zmienia kierunek i ziarnko podrywa się ponownie. Dobry wiatr zanosi je ostatecznie w miejsce, gdzie obumiera, ale pozostawia po sobie roślinę.

Ja jestem ziarenkiem. Pan Bóg jest Dobrym Wiatrem. Dlaczego nie potrafię dać się ponieść Dobremu Wiatrowi? Przecież chcę, aby roślina, która ze mnie wyrośnie była szczególnie piękna!

Dobry Wietrze, nieś mnie nie zważając na mój bezsensowny opór!

"Łaski powołania"

obraz Josefa Mildorfera

obraz Josefa Mildorfera Ostatnio zastanawiałam się co najbardziej lubię w swojej pracy; dlaczego nie zamieniłabym się z nikim jeśli chodzi o wykonywany zawód. Pomyślałam, że każde powołanie niesie ze sobą jakieś szczególne łaski.

Przez kilkanaście (już?!) lat mojej pracy jako lekarza miałam kontakt z tysiącami cierpiących pacjentów. Ten kontakt stał się jeszcze silniejszy, gdy po latach pracy pod okiem starszych koleżanek i kolegów, zaczęłam pracę samodzielną. W gabinecie lekarskim, a już szczególnie w cierpieniu kończy się bycie dyrektorem, nauczycielem, sprzedawcą, bogatym czy biednym. Wszyscy stają się równi. Umęczeni bólem fizycznym czy psychicznym, całkowicie bezbronni, szukający pomocy. Już kiedyś napisałam o tym na stronie. Przy kontakcie z takim pacjentem mam nieodparte wrażenie bliskości Chrystusa cierpiącego, ale i pochylającego się nad cierpieniem. Przez chwilę wydaje mi się, że rozumiem miłość Jezusa do człowieka. To wielka łaska.

Jest jeszcze jedna. To łaska radości, gdy ten cierpiący pacjent wraca z uśmiechem, gdy uda mu się pomóc. Ogarnia mnie wtedy rozpierająca radość. Zna ją każda matka, której dziecko wraca do zdrowia, gdy znowu biega i się śmieje.

Dla choćby tych dwóch darów, nie zamieniłabym się z nikim swoim powołaniem.

Komentarz A.:

Podzielam opinie o powołaniu (to wielka łaska )którą jeżeli ktoś wykonuje z miłością to ta miłość do niego wraca mam czasami odczucie że z podwójną siłą przynajmniej w moim przypadku .I choć czasami czuję się jak tarcza obronna i piorunochron to bardzo kocham moje pielęgniarstwo, pacjentów i miejsce mojej pracy a uśmiech na twarzy pacjenta jest największa zapłatą jaką dostaje .

"Czarna skrzynka"

Jezus na Krzyżu W związku z rozbiciem się samolotu, wiele mówi się o tzw. czarnych skrzynkach. To one mają odpowiedzieć na wszystkie wątpliwości dotyczące katastrofy.

Pomyślałam, że właściwie to każdy z nas ma swoją czarną skrzynkę. Coś (właściwie wiele rzeczy) co skrywa gdzieś głęboko. Coś (wiele rzeczy) o czym nikt nie wie. W tych naszych skrzynkach można odnaleźć złe i dobre uczynki, nasze radości i zmartwienia. Przez wiele lat trochę materiału się tam nazbierało.

My na ziemi otwieramy czarne skrzynki samolotu. Pan Bóg otwiera czarne skrzynki ofiar katastrofy. Dwie rzeczy są pewne. W przeciwieństwie do samolotów my mamy tylko jedną czarną skrzynkę. I druga - naszą skrzynkę Pan Bóg też kiedyś otworzy. Nikt nie wie kiedy się to stanie. Możemy jednak już teraz zadbać by skrzynka była czarna tylko z nazwy.

"Czy to przypadek?"

Battista Chrystus niosący Krzyż"

obraz Battisty Chrystus niosący Krzyż Czasem przychodzą takie dni, tygodnie, że dotyka mnie (nas) cała seria zmartwień.

Na początku podejmuję wyzwanie, myśląc z dumą, że dam radę. Nawet dochodzące drobne zmartwienia nie przerażają mnie. Ale gdy stan obciążenia trwa, czuję jak powoli tracę siły. Pocieszam się po cichu "To się niedługo skończy, wytrzymaj jeszcze trochę". Ale stres się przedłuża. Drobne sprawy zaczynają podwajać dźwigany "ciężar". Mój cichy głos zamienia się w coraz głośniejsze wołanie "Panie Boże, nie daję rady, weź to ode mnie!". Problemy jednak trwają. Moje nogi uginają się. Uginają się do klęku.

Czy to przypadek, że w takich sytuacjach zanim upadniemy klękamy? Klękamy do modlitwy do Tego, który jako jedyny jest nam w stanie pomóc: "Panie, nie jestem godzien, ale powiedz tylko słowo!"

"Cierpienie i słowa."

Bosch "Niesienie Krzyża"

obraz Hieronima Boscha Niesienie Krzyża "Wszystko bym dała, żeby mi to ustąpiło"- usłyszałam od młodej pacjentki cierpiącej z powodu nawracającego bólu krzyża. "Już bym lepiej zdechła pod płotem"- powiedziała kobieta z bólem pleców, która krótko wcześniej została uznana za wyleczoną z początkowego stadium białaczki. "Do diabła z tym wszystkim!"- wykrzyknął pacjent po zabiegu koronarografii wykonanej we wczesnym okresie zawału, na widok listy zaleceń lekarskich i ilości leków, które musi teraz pobierać.

To tylko niektóre z usłyszanych przeze mnie słów. Za każdym razem zastanawiam się, czy na pewno osoby je wypowiadające są świadome ich znaczenia. Nie chcę umniejszać niczyjego cierpienia, ale czy na pewno młoda pacjentka oddałaby wszystko? Czy faktycznie ktoś, komu krótko wcześniej Pan Bóg podarował drugie życie woli zdechnąć pod płotem lub oddać wszystko diabłu niż pocierpieć? Jakie to szczęście, że nasze słowo nie może "stać się ciałem", bo skutki byłyby opłakane.

Proponuję, aby w chwili cierpienia pomyśleć lub wypowiedzieć słowa, których nauczył mnie mój przewodnik duchowy: "Panie Jezu, dla Ciebie" (to moje cierpienie). Proszę sprawdzić jak wielką ulgę potrafią one przynieść, gdy są wypowiedziane naprawdę szczerze.

Smak zwycięstwa.

Brandt "Powrót zwycięzców"

obraz Brandta Powrót zwycięzców Napisałam, że słowo zwycięstwo jest jednym z moich ulubionych. To prawda. Mam chyba trochę duszę wojownika, bo wiele spraw w życiu traktuję jak plac boju. Wyznaczam cel, ustalam taktykę i "atakuję". Mój radosny okrzyk "victory!!!" zna mąż i dzieci.

Ale jest pewien rodzaj zwycięstw, które szczególnie sobie cenię, o których nikt nie wie. Są to sytuacje, gdy świadomie pokonuję swoje "ego". Podam tylko jeden przykład, aby nadal mogły spełniać się słowa "a Ojciec twój, który widzi w ukryciu odda tobie". Jako nastolatka wstawałam rano, bardzo wcześnie, aby odprowadzić do żłobka mojego brata. Podjęłam się tego sama. Codziennie toczyłam ze sobą walkę, aby wstać rano, choć wcale mi się nie chciało. Wiedziałam, że to wielka pomoc dla rodziców. I pamiętam tą niesamowitą wewnętrzną radość, która towarzyszyła mi w drodze powrotnej. Miałam wrażenie, że uniesie mnie w górę. Smaku tych zwycięstw nie da się z niczym porównać.

Przez lata przerodziły się one w wielką wygraną wojnę. Wojnę o Boże Błogosławieństwo, które towarzyszy mi nieustannie.

Droga Krzyżowa.

Bruegel Starszy "Kalwaria"

obraz Bruegla Starszego KalwariaBardzo lubię nabożeństwo Drogi Krzyżowej. Jej stacje przypominają ludzkie życie.

Każdy z nas dźwiga swój krzyż (Jezus bierze krzyż na swoje ramiona). Spotykamy na swojej drodze różnych ludzi. Jedni z nich tylko się przyglądają naszemu życiu, a inni użalają nad nami (Jezus spotyka płaczące niewiasty). Są też tacy, którzy nie mogąc nam pomóc ocierają pot z naszego czoła (Weronika ociera twarz Jezusa) lub niosą pocieszenie (Jezus spotyka swoją Matkę). Na szczęście zdarzają się też ludzie, którzy nam pomagają i choć na chwilę nasz krzyż jest lżejszy (Szymon z Cyreny pomaga nieść krzyż Jezusowi). Nierzadko znajdą się tacy, którzy odbierają nam nadzieję (Jezus odarty z szat), albo dokładają nam zmartwień (Jezus przybity do krzyża).

Na drodze życia tak jak Jezus upadamy (Jezus po raz pierwszy, po raz drugi, po raz trzeci upada pod krzyżem). Nie wiem, czy na czternaście stacji, trzy mówiące o upadku to dużo czy mało. Jezus upadał pod ciężarem krzyża (=naszych grzechów). My upadamy z różnych powodów; czasem pod ciężarem naszego krzyża; czasem ktoś podkłada nam nogę (działanie złego ducha); a czasem po prostu lekceważymy Boże przykazania. Wszyscy kiedyś umrzemy (Jezus umiera na krzyżu). Czy nad naszym grobem ktoś będzie mógł powiedzieć o nas dobre słowo (Jezus złożony do grobu).

Jezus zmartwychwstał. Czy idąc naszą drogą robimy wszystko aby zmartwychwstać z Nim? W czasie krótkiego nabożeństwa Drogi Krzyżowej towarzyszymy Jezusowi w Jego wielkim cierpieniu. Możemy być pewni, że On przez całe życie jest z nami w naszym cierpieniu.

Codzienność.

Siemiradzki "Chrystus po raz pierwszy spotyka Marią Magdalenę"

Codziennie rano wstajemy a wieczorem kładziemy się spać. Codziennie mamy do wykonania swoje obowiązki w pracy lub domu. Codziennie wypowiadamy wiele słów. Codziennie spotykamy na swojej drodze ludzi; niektórzy z nich potrzebują naszej pomocy.

Codziennie znajdujemy powody, dla których nie rozpoczęliśmy i nie zakończymy dnia modlitwą. Codziennie napotykamy wiele przeszkód, aby wypełnić swoje obowiązki najlepiej jak potrafimy. Codziennie zdarza się nam wypowiedzieć słowa, których żałujemy, którymi obrażamy Boga lub krzywdzimy bliźniego. Codziennie znajdujemy mnóstwo argumentów, dla których nie możemy pomóc drugiemu człowiekowi.

Codziennie mamy szansę to zmienić. Codziennie Pan Bóg czeka na naszą poprawę...

Po co ten znak.

Chełmoński "Krzyż w zadymce"

obraz Chełmońskiego Krzyż w zadymcePrzy okazji badania pacjentów mogę obserwować różne ozdoby noszone na szyjach. Najczęściej są to łańcuszki z różnymi kamieniami, znakiem Zodiaku lub literą imienia. Ale nierzadko mogę też zobaczyć symbole chrześcijańskie: krzyżyki, medaliki z Matką Bożą lub wizerunkiem świętego patrona, a nawet szkaplerze. Czasem symbole te są widoczne, a czasem schowane głęboko pod odzieżą, czasem jest jeden, a czasem kilka. Niektóre "tchną" nowością, a niektóre są starsze niż ja.

Często pytam o "historię" szczególnie tych najgłębiej schowanych świętości. I słyszę, że to pamiątka rodzinna albo ktoś przywiózł z jakiegoś sanktuarium. Kiedyś u młodego człowieka zobaczyłam medalik z napisem "reliqua". Niestety pacjent nie wiedział jaka to relikwia, choć na szczęście orientował się jakiego świętego. Dostał go od sióstr zakonnych, gdy zachorował (był po poważnej operacji serca). Pamiętam moją babcię, która nosiła kilka medalików przypiętych za pomocą agrafki do bielizny osobistej. Odnosiła się do nich z wielkim szacunkiem. Gdy je odpinała to zawsze je całowała i właściwie nigdy się z nimi nie rozstawała. Czytałam kiedyś na blogu księdza, który jest kapelanem w szpitalu, że jeśli przychodzi mu rozstrzygać o udzieleniu Sakramentu Chorych osobie nieprzytomnej, to kieruje się tym czy pacjent ma przy sobie symbol chrześcijański.

Czym dla nas są nasze medaliki? Nie powinniśmy myśleć o nich tylko jak o ozdobie czy pamiątce rodzinnej.

(Jeśli ktoś zapyta o mnie, to ja od 20 lat noszę na palcu obrączkę różańcową. Ściągam ją jedynie po to, aby się na niej pomodlić. Lubię też patrzeć na nią, gdy mi ciężko. Przynosi mi pocieszenie.)

Ślady na ciele.

El Greco "Odarcie z szat"

obraz El Greco Odarcie Jezusa z szatJeszcze jedna refleksja, która zrodziła się przy okazji badania lekarskiego. Wiele razy okazuje się, że pod pięknym strojem "chowamy" różne "kalectwa"; od blizn, poprzez zniekształcenia np. klatki piersiowej, po stany po mastektomii (odjęcia piersi). W takich sytuacjach, w momencie odsłaniania swojego ciała pacjent czuje się skrępowany.

Rodzą się wtedy we mnie dwie myśli. Pierwsza: oto staje przede mną człowiek, odsłania to co ukrywa przed innymi. Oddaje mi w ręce swoje zdrowie. Czyni też ze mnie świadka swojego "kalectwa" i zawstydzenia. Jakże dziękuję wtedy za swoje powołanie i bardzo staram się nie zawieść zaufania pacjenta.

Druga refleksja. Myślę: za każdą z tych blizn, za każdym śladem na ciele kryje się cierpienie. To byłe-fizyczne i to aktualne-psychiczne, często ciche, nieznane nikomu. Ale myślę też: Pan Bóg zna każde z nich, nawet to najmniejsze, to byłe i to aktualne. I tak jak każdy nasz włos jest policzony, tak żadne nasze cierpienie nie będzie przez Boga zapomniane.

Jaka jest nasza wiara.

Trudno jest odpowiedzieć na pytanie: "Dlaczego wierzymy?". Wiara jest łaską, którą zostaliśmy (lub nie) obdarzeni. Może łatwiej byłoby znaleźć odpowiedź na pytanie: "Jak silna jest nasza wiara? Czy jest coś, a jeśli tak to co, co musiałoby się stać, żebyśmy przestali wierzyć w istnienie Boga?".

Pewna pacjentka opowiadała mi swoją historię. Uważała się za osobę głęboko wierzącą. Jednak przez cztery lata nie mogła zajść w ciążę, mimo modlitw i ofiar jakie składała w tej intencji. Wtedy w rozpaczy pomyślała: "Panie Boże, jeśli mnie nie wysłuchasz, to ja zwątpię w Twoje istnienie". I choć nigdy nie zrealizowała tej myśli (po roku urodziła oczekiwane dziecko) to bardzo wstydziła się tych słów, bo jednak je wypowiedziała.

A zatem: "Jak silna jest nasza wiara? Czy jest coś, a jeśli tak to co, co musiałoby się stać, żebyśmy przestali wierzyć w istnienie Boga?". Myślę, że warto podjąć próbę odpowiedzi na to pytanie.

Głos przeciw "in vitro".

zdjęcie noworodkaPewna pacjentka opowiadała mi na temat swojego "in vitro". Po wyjątkowo udanej stymulacji lekami pobrano od niej sześć komórek. Z tych sześciu dwie rozwijały się bardzo dobrze. Zostały podane pacjentce. Pozostałe cztery rozwijające się zarodki były dalej obserwowane. Oceniono, że dwa z nich się nie nadają i je odrzucono. A dwa pozostałe zamrożono i jeśli jak powiedział jej lekarz(?!) kiedyś jeszcze zechcą, to te zarodki czekają na nich. Zostały podpisane imieniem i nazwiskiem rodziców. Pacjentka cieszy się z bijących serduszek swoich bliźniąt. Czy zechce z mężem przyjąć pozostawioną przy życiu dwójkę dzieci?

Jak to możliwe, że można patrzeć i nie widzieć, słuchać i nie słyszeć, mieć rozum i nie myśleć. Czy selekcja zarodków nie jest podobna do selekcji niewolników lub tej jaka miała miejsce w obozach koncentracyjnych. Czy zaprzestanie odżywiania rozwijających się zarodków nie jest skazaniem ich na śmierć głodową. Jak można nie rozumieć, że "in vitro" jest łamaniem V przykazania "Nie zabijaj".