Świat jest pełen cierpiących ludzi "Ukamienowanie Szczepana"
Scena pierwsza. Do gabinetu przychodzi młoda kobieta. Siada na krześle. Właściwie nie siada, ale kuli się, chowając głowę między ramiona, jej ciało drży z napięcia. Widać, że ma ochotę uciec. Mówi tak cicho, że ledwie ją słyszę. Widzę jej zakłopotanie. Staram się mówić do niej ciepło. Czekam, aż się otworzy. Dolegliwości ma wiele. Gdy zaczynam ją badać na każdy dotyk słuchawki dosłownie podskakuje. Czegoś takiego jeszcze nie widziałam. Wraca do mnie jeszcze kilka razy. Zawsze wizyta wygląda podobnie, choć może napięcie u niej jest trochę mniejsze. Kiedyś napomknęłam jej delikatnie, że chyba ktoś ją w życiu bardzo skrzywdził. Ku mojemu zaskoczeniu odpowiedziała "Tak".
Scena druga (choć właściwie powinnam napisać wiele scen drugich). Kobieta (bo to najczęściej kobiety) siada na krześle i zaczyna mówić o swoich dolegliwościach. Mówi i mówi, ich lista jest bardzo długa. Gdy wraca za jakiś czas okazuje się, że leki jej nie pomogły tylko zaszkodziły, a jeśli nawet pomogły to w to miejsce pojawiły się kolejne dolegliwości. Twarz kobiety wykrzywia grymas cierpienia i niezadowolenia. To są zawsze trudne wizyty. Patrzę jak się rzuca i myślę, że tak naprawdę powinnam ją zapytać "Co się Pani w życiu nie układa, co tak naprawdę jest powodem dolegliwości?". (Bardzo często są to złe relacje z mężem.)
Scena trzecia. Z poprzedniego miejsca pracy "przywędrował" za mną jeden z pacjentów. Leczyłam najpierw żonę i jego, potem przyprowadzili do mnie swoje dwie córki. Troszczyli się o nie. Ale z czasem coś zaczęło się psuć. On mówił, że ona jest uzależniona od internetu, że umawia się na randki z kimś kogo tam poznała. Przychodził pod wpływem alkoholu. Potem ona opowiadała, że on ją pobił i musi go zostawić. Ja byłam pewna jedynie tego, że prawda leży pośrodku. Widziałam jak oczy ich córek robią się coraz smutniejsze. Wiem, że się rozstali, bo on przyprowadził teraz do mnie swoją "nową kobietę". Nic nie wiem o jej przeszłości, ale jej wygląd zdradza, że jest kobietą po przejściach. Ma kilkuletniego syna. Gdy to dziecko do mnie przychodzi (a choruje na ciężką astmę) to właściwie się nie odzywa. Jego oczy są smutne, patrzą gdzieś w dal. Badając go myślę "gdybyś tylko odważył się mówić to pewnie opowiedziałbyś mi straszne historie ze swego krótkiego życia" .
A może jeszcze scena czwarta. Trzydziestoletnia kobieta z domu, gdzie oboje rodzice byli alkoholikami z trudem skończyła podstawówkę. Wyszła za mąż młodo, bo w drodze było dziecko, za alkoholika. Urodziła potem jeszcze jedno dziecko i rozstała się z mężem, bo ten miał ciągi i ostatecznie zapił się na śmierć. Krótko potem zmarli jej rodzice. Z pensji sprzątaczki nie mogła utrzymać mieszkania w starej kamienicy, więc musiała przenieść się do innego nieogrzewanego mieszkania. Została sama z dziećmi i młodszą siostrą uzależnioną od alkoholu. Życie postawiło jej tyle granic, a ona się nie poddaje. Jestem pełna podziwu dla tej młodej walczącej kobiety.
A może jeszcze scena piąta? Nie....
Świat jest pełen cierpiących ludzi...
Komentarz ViolettyCierpienie jest chyba wpisane w nasze bytowanie ziemskie. Myślę,że każdy cierpi,ale w różny sposób;fizyczny,psychiczny,duchowy. Cierpienie nie jest(jak wiele osób uważa) karą za grzechy człowieka,ale ma na celu nasze dobro;być może naszą przemianę,naprawę błędów,czy lekcją pokory. Na co dzień pośrednio i bezpośrednio spotykam się z cierpieniem psychicznym i duchowym. Widzę jak cierpią chorzy i ich najbliżsi oraz jak bardzo ważna jest obecność jednych obok drugich. Zauważam również jak wielu ludzi cierpi z powodu błędnych wyborów drogi życia angażując się np. po nieudanych związkach w kolejne myśląc błędnie, że będą lepsze i znów przeżywają zawód kolejny i kolejny i kolejny. Czyż nie jest to złudne,czyż coś nie zwodzi nas takim tokiem myślenia?!Czyż nie jest lepiej cierpieć z Bogiem,dla Boga i przez Boga. Myślę,że wierzącym jest łatwiej,gdyż mamy nadzieję na lepsze jutro i wieczność. Czy słowa Pana nie są najlepszą poradą "Jeśli domu Pan nie zbuduje,na próżno się trudzą,którzy go wznoszą..."
Ania - Ktoś mi parę dni temu opowiedział ,że jak dzieci widzą w domu miłość jaka darzą się wzajemnie rodzice to nie ma dla nich większego szczęścia, jakie wielkie szczęście widziałam w oczach moich córek kiedy zmęczoną wieczorem zobaczyły mnie przytulona do ich taty ... gdzieś schowało się u mnie i to zmęczenie i rozterki życiowe jak to dalej będzie? jak sobie poradzę z wieloma sprawami? ... widziała jak moje sikoreczki czują się szczęśliwe i silne bo siła jest w domu jaki się tworzy i ta Opaczność Boża, o którą warto prosić i prosić i prosić.... |
Wyleczenie
Kilka dni temu był u mnie pacjent. Z historii choroby wynikało, że 5 lat temu stwierdzono u niego raka gardła. Miał obustronne przerzuty do węzłów chłonnych szyjnych. Leczono go radioterapią. Na skutek leczenia prawie całkowicie stracił słuch. Przyjeżdżała do niego do domu opieka paliatywna. Nie mógł nic jeść, przyjmował morfinę co 4 godziny.
Siedział przede mną właściwie zdrowy mężczyzna. Zapytałam go co on myśli o swoim wyleczeniu, co tak naprawdę jego zdaniem doprowadziło do wyleczenia. Pacjent był tak zaskoczony moim pytaniem, że przez chwilę nie mógł wydusić słowa. Czułam jak przez jego głowę przechodzi burza myśli. "No jak to, przecież byłem leczony. Nigdy tak o tym nie myślałem". A potem, mimo, że wizyta trwała i rozmawialiśmy o jego aktualnym powodzie wizyty u mnie, co jakiś czas wrzucał słowa: "no tak, ktoś przywiózł mi obrazek z Rzymu", "nie, no, jesteśmy wierzący, chodzimy do kościoła", "ja jeszcze zapytam żony", "nigdy tak o tym nie myślałem".
Ech, człowieku! Tak łatwo wierzysz w cuda medycyny, a nie dopuszczasz myśli, że wyleczenie przyszło z Bożej woli. |
Na krawędzi"Hiob i przyjaciele"
Trzech pacjentów w podobnym wieku, trzy różne historie życia; łączy ich jedno rozpoznanie.
Doświadczony lekarz szybko orientuje się, że zgłaszane objawy i wygląd chorego nie wróżą nic dobrego. Tak było u kobiety u której rozpoznano raka jelita grubego. Rok temu jej mąż umarł na tą samą chorobę. Teraz ona słyszy o chemioterapii. Tyle, że z powodu jej stanu ogólnego nie wiem czy będzie zakwalifikowana do tego leczenia. Mieszka sama. Choć wiem, że jest na samej krawędzi nie mogę jej tego powiedzieć. Mówię, że musi walczyć i mieć nadzieję. W sprawie drugiej kobiety tym razem przyszedł mąż. Zupełnie nieoczekiwanie rozpoznano u niej raka płuca. Miała skierowanie na chemioterapię. Czekała na termin, ale następnego dnia pojawiły się objawy pseudoudarowe. To niestety przerzuty do mózgu. Mąż się cieszy, bo po naświetlaniu głowy te objawy ustąpiły. Muszę mu powiedzieć prawdę, że to tylko chwilowa poprawa. I trzeci pacjent, postawny mężczyzna z rakiem płuca. Dwa razy odstąpiono od leczenia operacyjnego, jest po radioterapii, ale z 30 zaplanowanych lamp wykonano 5. On okazuje złość, że nikt mu niczego nie chce powiedzieć. Odwlekają odpowiedź do wyniku kontrolnego badania KT. Okazuje złość, wydaje się być zdecydowany na usłyszenie prawdy, ale całym swoim ciałem krzyczy, że nie chce jej znać, bo wie, że oznacza wyrok.
Ludzie na krawędzi życia i śmierci.
Czasem próbuję sobie wyobrazić co oni czują, ale nie jestem w stanie. To bardzo trudne. Trudno się z nimi rozmawia, zarówno lekarzom jak i rodzinie. Jeśli ja mówię im prawdę mam świadomość, że odbieram nadzieję. Jeśli nie mówię prawdy czuję, że ich oszukuję. Bardzo się cieszę, gdy mogę powiedzieć, aby np. w przypadku małżeństw nacieszyli się sobą albo spełnili jakieś swoje marzenie, bo może już nie być okazji, powiedzieli coś ważnego, czego nie powiedzieli.
W swoim życiu spotkałam wielu ludzi na krawędzi. Wszyscy ich spotykamy. Mijają nas na ulicy. To ludzie zagubieni, często zrozpaczeni bezsilnością i cierpieniem. Widać jak choroba powoli (a czasem w piorunującym tempie) ich zabiera. To dla wszystkich jest trudne. Czy zawsze zdążą uregulować swoje sprawy z Panem Bogiem?
Ale nie chcę kończyć pesymistycznie. Nie wszyscy, którzy stają na krawędzi przechodzą na drugą stronę. Znam przypadki nieoczekiwanych (cudownych) uzdrowień. Każde z nich jest potwierdzeniem miłości Boga do człowieka i tego, że zawsze trzeba mieć nadzieję. Jednym z budzących moja największą radość przypadków jest młoda kobieta. Jako nastolatka zachorowała na nowotwór krwi. Teraz jest mamą trójki ślicznych i zdrowych dzieci. Wiem, że czasem tu zagląda. Przy okazji bardzo Ją i całą Rodzinkę pozdrawiam :-D |
Sława a zdrowie
Wpis ten dedykuję w szczególny sposób jednej z osób, która tu zagląda...
W czasie studiów miałam zajęcia z pewnym profesorem. Był to człowiek o wysokiej kulturze osobistej. Pisał prace naukowe. Był wielkim autorytetem dla swoich kolegów lekarzy; lubiany i chętnie otaczany przez studentów. Również pacjenci wyrażali się o nim z wielkim szacunkiem. Pan profesor chorował na nadciśnienie, ale mimo, że był specjalistą w tej dziedzinie nie brał leków. Pewnej nocy dostał udaru mózgu. Miał paraliż jednostronny i stracił mowę. Nagle zniknął z życia Uczelni. Miesiące spędzał na oddziałach rehabilitacyjnych. Widziałam go na jednym z nich. Dotąd postawny mężczyzna, teraz siedział na wózku inwalidzkim pchanym przez salową, drobny, skulony i smutny. Skończyła się praca naukowa, zajęcia ze studentami, leczenie pacjentów. Skończyło się wszystko to, czemu poświęcił całe swoje życie i czym się pasjonował. Mogę się tylko domyślać jak cierpiał w swojej niemocy. Nie wiem czy jeszcze żyje. Po prostu zniknął.
Za każdym razem, gdy widzę, że pacjent nie stosuje się do zaleceń lekarskich, przypomina mi się pan profesor. Jestem za oddawaniem wszystkiego Bogu. Ale czy szatan nie jest zainteresowany tym, aby wyeliminować kogoś wartościowego, kto robi mu dużo szkody. Czy nie podpowiada człowiekowi: "nie musisz brać leków, nic ci nie będzie..." |
"Przebaczenie"Peter Paul Rubens "Chrystus na Krzyżu między dwoma złoczyńcami" Kilka lat odwiedzałam pewną czteroosobową rodzinę. Matka była bardzo schorowaną osobą. Zachorowała też córka. Podczas jednej z wizyt, z powodu zmian osłuchowych w klatce piersiowej, nieustępujących po lekach, skierowałam ją do szpitala. Stwierdzono u niej ogromny guz śródpiersia. Wszyscy zadawali sobie pytanie "Jak to możliwe, żeby nie miała żadnych objawów wcześniej". Pewne też było, że guz rósł wiele lat. Od tego czasu jeździłam do matki i córki.
Któregoś dnia odprowadziła mnie do furtki i powiedziała: "Pani doktor, ja powiem pani coś, o czym nikt nie wie. Jako dziecko byłam wykorzystywana seksualnie przez jednego z pracowników firmy ojca. Kompletnie się załamałam. Świat się dla mnie zawalił. Odwróciłam się od Boga. Zaczęłam ubierać się na czarno. Uczyłam się tylko dlatego, żeby rodzice nie pytali co się ze mną dzieje. Do Boga ponownie zaprowadziła mnie pewna zakonnica. I ja już temu człowiekowi przebaczyłam." Kompletnie mnie zamurowało. Tyle lat cichego cierpienia. Stało się też jasne skąd w jej ciele taki "potwór". Niestety krótko potem zmarła. Ten przypadek głęboko zapadł mi w pamięć. Czy ja także w takiej sytuacji potrafiłabym przebaczyć? |
"Jestem"Kiedyś usłyszałam od jednej z moich znajomych takie słowa. Jestem dobrą żoną i matką. Jestem cenionym pracownikiem, cieszącym się szacunkiem szefa i współpracowników. Jestem lubiana. Mam wielu znajomych. Moje pojawienie się sprawia radość wielu osobom. Chętnie pomagam innym. Jestem potrzebna. Jestem, bo 35 lat temu Pan Bóg chciał, abym się urodziła. Jestem, bo 35 lat temu, mimo strachu i nacisków, moja mama powiedziała "Nie!" na propozycję usunięcia ciąży. Jestem... |
"Alkohol i miłość do matki"Bellini "Upicie się Noego" Pewna młoda kobieta w bardzo szczerej rozmowie opowiadała mi o swojej matce-alkoholiczce.
Mówiła o swoich ambiwalentnych uczuciach w stosunku do niej. Z jednej strony bardzo ją kochała. Zawdzięczała jej życie, swoje wykształcenie. W gruncie rzeczy wiele cech charakteru odziedziczyła po niej. I choć starała się tłumaczyć sobie stan matki jako chorobę to były momenty, że wręcz jej nienawidziła. Nienawidziła za to,że kłamie, że nie pije; za to, że pozwala wpaść w nałóg dwóm jej starszym braciom. Nienawidziła, jak to określiła, potwora, w którego zamieniała się matka w czasie ciągu alkoholowego, bo wszczynała wtedy awantury, zapominała o wszystkich i wszystkim dookoła. Dziewczyna unikała rozmów i spotkań z matką. Wiedziała, że ją tym rani, bo przecież ona ja kochała. Zaczęła prosić w modlitwie Pana Boga, aby dał jej znak co ma robić. I pewnej nocy otrzymała takie natchnienie: "Bez względu na wszystko musisz szanować swoją matkę. Szacunek do rodziców jest szczególnie miły Panu Bogu".
Komentarz brata Rafała:
Raz spotkałem alkoholika (który jest moim przyjacielem), który dziękował Panu Bogu za chorobę alkoholową, ponieważ dzięki tej chorobie on mógł pomóc swojemu dziecku, które weszło w narkotyki!!!! Dziwne??????? Jak można dziękować Bogu za chorobę alkoholową!!!! Dla mnie jest to tylko dowód, że z tego krzyża który daje Pan Bóg rodzi się tylko ŻYCIE!!!! Nigdy śmierć!!!!
Komentarz Marty:
Chciałabym odnieść się do komentarza brata Rafała. Na początku roku wraz
z zaprzyjaźnioną siostrą zakonną miałam możliwość uczestniczenia w
jubileuszowym meetingu AA, na którym dwaj kapłani i kilka osób świeckich
obchodzili kolejne rocznice nie picia. Najpierw Msza św a później spotkanie
tych ludzi, w których uczestniczyli z całymi rodzinami i przyjaciółmi.
Słysząc świadectwa tych ludzi niejednokrotnie miałam łzy w oczach. I tak
jak napisał brat Rafał oni też dziękowali Bogu za tą chorobę, która
ich spotkała, bo wielu z nich dopiero wtedy poznało Boga, a także wielu
innych wspaniałych ludzi z podobnymi problemami. Wielu z nich dzięki
zawierzeniu przed obrazem Matki Bożej Cierpliwie Słuchającej w Rokitnie rzuciło
picie, i podjęło terapię w grupach AA.
Na początku dziwiło mnie to, że są tak wdzięczni Bogu za swoją
chorobę i uzależnienie, nie potrafiłam tego zrozumieć, ale z perspektywy czasu
widzę, że paradoksalnie alkoholizm niejednemu z nich uratował życie.
Teraz dzięki temu, że sami przeszli tak trudną drogę, na której z resztą
cały czas są i zawsze będą mogą pomagać innym, wielu z nich udziela się w
wolontariatach. Bóg w swoim nieskończonym miłosierdziu potrafi z
największego zła wyprowadzić jeszcze większe dobro.
|
"A nam tak często wydaje się, że nikt nie ma tak ciężko."
Pewnego dnia przyszła do mnie pacjentka, którą znam od lat. Zawsze zastanawiałam się dlaczego cierpi na tak poważne choroby, ale z drugiej strony myślałam jak to możliwe, że mimo tylu lat choroby i pobierania silnych leków funkcjonuje tak dobrze. Kobieta miała skierowanie na badanie rezonansu, ale z powodu lęku ciasnych pomieszczeń bała się je wykonać. "To od czasu wojny"-powiedziała. Zapytałam czy może mi o tym opowiedzieć. I usłyszałam jej historię. Jako 4-letnia dziewczynka została wzięta przez Niemców jako zakładnik podczas walk o wyzwolenie Poznania. Zamknięto ich w jakichś podziemiach, stali w wodzie do 60cm, było ciemno. Tak strasznie się bała, że płakała. A ludzie obok bojąc się, że tym płaczem zdenerwuje Niemców i zaczną do nich strzelać, zakrywali jej głowę odzieżą, co jeszcze bardziej ją przerażało. Rodzice zginęli w czasie wojny. Okoliczności ich śmierci poznała dzięki Polskiemu Czerwonemu Krzyżowi. Ojciec przeszedł kilka obozów i ostatecznie zmarł z wycieńczenia. Matka była ofiarą zbrodniczych eksperymentów medycznych" w obozie koncentracyjnym. Zginęła w komorze gazowej. Pacjentka wyszła za mąż, ale poroniła jedyną ciążę w której była. Do tego dochodziły wieloletnie cierpienia związane z chorobami: bóle stawów, osłabienie siły wszystkich mięśni, uszkodzenie narządów wewnętrznych w przebiegu chorób, skutki uboczne leków. Jedyne co potrafiłam powiedzieć to: "Jest Pani bardzo dzielna". A ona na to: "Ale pani doktor, ja się nigdy nie poddaję. Zawsze jestem dobrej myśli. Mamy nawet z mężem przyjaciół Niemców. Poznaliśmy ich nad morzem i odwiedzamy się nawzajem." Pomyślałam wtedy, że właśnie poznałam odpowiedź na moje pytania. Zawsze chylę nisko czoło przed ludzkim cierpieniem, a już szczególnie znoszonym tak dzielnie jak ta pacjentka.
|
"W Tobie Panie zaufałem"...Leonardo da Vinci "Zwiastowanie"
Czasem mamy tak wiele zmartwień, że czujemy się nimi przytłoczeni. Wydaje się nam, że nie ma wyjścia z sytuacji, w której się znaleźliśmy. A przecież wystarczy zawierzyć wszystko Bogu. On zawsze znajdzie najlepsze rozwiązanie.
Pewna młoda kobieta zachorowała na raka. Choroba była bardzo zaawansowana. Rokowanie od początku było złe. Przez dwa lata obserwowałam jej zmagania z chorobą. Przeszła dwie operacje, radioterapię i chemioterapię. W czasie leczenia zachowywała niesamowity spokój ducha. Mówiła, że wszystko powierza Bogu. On daje jej siłę. Poznała chłopaka, zakochali się w sobie i choć powiedziała jemu o swojej chorobie, zaczęli snuć wspólne plany na przyszłość. I wtedy nastąpiła wznowa. W bardzo szybkim czasie pacjentka po prostu zasnęła. Nie zdążyła poznać fatalnego wyniku badania głowy. Zasnęła szczęśliwie zakochana, z nadzieją na założenie rodziny, z nadzieją, że będzie zdrowa. U drugiej kobiety w szóstym miesiącu bliźniaczej ciąży nastąpiło obumarcie jednego z płodów. Pacjentka bardzo bała się porodu. Ale nie bólu. Nie wiedziała jak przyjmie swoje martwe dziecko. Z jednej strony nie wyobrażała sobie nie przytulić go, nie pocałować, nie zrobić znaku krzyża na jego czole. Z drugiej strony nie wiedziała jak zareaguje na widok zniekształconego ciała maleństwa. Przez dwa miesiące leżenia w szpitalu powierzała tą sprawę swojej ukochanej Matce Bożej. Nadszedł dzień porodu. Najpierw urodziła zdrową córkę, a potem poród się zatrzymał. Wszystko potoczyło się tak szybko. Lekarz zdecydował o zakończeniu porodu operacyjnie, pacjentka została uśpiona. Obudziła się, gdy było po wszystkim. Jestem wdzięczna Matce Bożej za to, że "wybrała" za mnie.
|
"Gdzie są dzieci?"
To było na początku mojej pracy. Zostałam wezwana do pacjenta z rakiem płuca. Dom, pamiętający lata siedemdziesiąte, był zaniedbany i pusty. Widać było, że kiedyś tętnił życiem. Pacjent leżał na łóżku z materacem wodnym, otaczała go aparatura, miał stałą opiekę pielęgniarki. Wydawało się, że ma wszystko, co potrzebne. Po chwili rozmowy okazało się jednak, że oprócz cierpienia fizycznego, cierpi psychicznie. Mówił do mnie: -Pani doktor wykształciliśmy dzieci, kupiliśmy im mieszkania, a one nawet tu nie zajrzą, rzadko dzwonią.- Odwiedziłam go jeszcze kilka razy. Do końca jego życia nic się nie zmieniło...
|
"Samotność w chorobie" Paul Cezanne "Głowa starego mężczyzny" Kilka lat jeździłam z wizytami do kobiety chorującej na zapalenie stawów. Obserwowałam jak z każdym rokiem, mimo leczenia choroba postępowała i pani ta stawała się coraz mniej sprawna. Wizyty te zazwyczaj trwały długo. Kobieta skarżyła się na bóle, ale także na to, że nikt jej nie rozumie, nikt nie pomaga jej w niepełnosprawności. Sama musiała sprzątać i myć okna. Kobieta miała trzech synów. Jeden z nich mieszkał z rodziną w tym samym domu. Pacjentka zmarła. Rok później pojawiła się u mnie synowa. Skarżyła się na bóle stawów. Wkrótce rozpoznano u niej tą samą chorobę co u teściowej. Teraz ona skarży się, że jest jej ciężko, że
nikt jej nie rozumie i nie chce pomóc...
|
"Ojcowie nie rozdrażniajcie swoich dzieci"
Jedna z pacjentek lecząca się z powodu ciężkiej nerwicy opowiadała mi o swoim dzieciństwie. Miała ojca, bardzo despotycznego mężczyznę. Gdy wracał zły do domu, kazał jej z siostrą stawać w rzędzie i krzyczał na nie. Wyróżniał jej siostrę. Zawsze uchodziło jej wiele psot. Ale moja pacjentka na każde wezwanie ojca drżała ze strachu. Ojciec kazał patrzeć sobie w oczy. Gdy ona patrzyła, to uderzał ją w twarz
i pytał czemu tak bezczelnie na niego patrzy. Gdy nie patrzyła, też ją uderzał za to, że nie patrzy...
|
Nie znacie dnia, ani godziny"
Salvador Dali "Trwałość pamięci" Mam pod opieką rodzinę, a właściwie jej część: ojca i dwie córki z rodzinami. Matki i syna nigdy nie poznałam. Matka była sparaliżowana po udarze mózgu. Syn wywierał na nią tak wielką presję, że gdy kobieta zmarła miał podstawy prawne, aby wyrzucić ojca i siostry z domu. Siostry wynajęły mieszkania, a ojciec znalazł schronienie w przybudówce u rodziny. Bardzo odchorowywał tą sytuację. W międzyczasie trwały też sprawy sądowe. Syn trwał jednak przy swoim. Pewnego dnia, gdy przechodził przez jezdnię potrącił go samochód. Zginął na miejscu...
|
"Co jest w życiu najważniejsze"
Jeden z pacjentów zachorował na zapalenie płuc. Był to pacjent, dla którego praca była pasją. Nigdy nie miał czasu na chorobę. Tym razem jednak stan był na tyle poważny, że wymagał hospitalizacji. Po powrocie ze szpitala odwiedził mnie w przychodni. Powiedział do mnie: "Pani doktor, miałem ostatnio wiele czasu na rozmyślania. Odkryłem nagle, że najważniejszą dla mnie wartością jest moja rodzina, moja żona. Ale najbardziej cieszę się, że zdążyłem jej to powiedzieć. I nie tylko jej. Powiedziałem to wszystkim w rodzinie i nawet w pracy. Inaczej teraz patrzę na wszystko"...
|
"oraz to, że cię nie opuszczę, aż do śmierci"
Miałam kiedyś pod opieką pewne starsze małżeństwo. Poznałam ich, gdy zostałam wezwana do domu, do chorej żony. Jej stan zdrowia był tak poważny, że wymagała hospitalizacji. Zatroskany mąż regularnie przychodził do mnie i opowiadał z wielkim zatroskaniem o swojej żonie. Krótko potem, gdy wchodziłam do poczekalni poczułam w niej atmosferę nieopisanego żalu. Mój wzrok padł natychmiast na starszego pana siedzącego na jednej z ławek. Był to ten sam pacjent. Okazało się, że żona nagle zmarła. Gdy to mówił płakał i widać było, że strasznie cierpi. Wkrótce potem starszy pan zmarł. Nie jest to jedyny taki przypadek w mojej praktyce. Znam też pacjentów, którzy mimo upływu lat codziennie jeżdżą na cmentarz lub rozmawiają ze zmarłymi małżonkami, jakby ci nadal żyli...
|
"Nie zabijaj"
Mam znajomą koleżankę ginekologa. Pewnej nocy przyśniło się jej, ze jest w ciąży. Opowiadała jak bardzo była w tym śnie przerażona; co powie rodzina (jest panną), co powiedzą w pracy, przecież nie jest już młoda, czy dziecko będzie zdrowe. Z wielką ulgą przyjęła fakt, że to tylko sen. Następnego dnia przyszła do niej para młodych ludzi. Okazało się, że kobieta jest w ciąży. Młodzi też byli przerażeni, byli studentami, nie mieli gdzie mieszkać, nie pracowali, co powie rodzina itd. Sugerowali wskazanie sposobu na wykonanie aborcji. Lekarka natychmiast przypomniała sobie sen. I choć doskonale wiedziała co czuje ta kobieta zaleciła przemyślenie decyzji jeszcze raz, na spokojnie. Młodzi wyszli źli na nią. Po około miesiącu pojawili się ponownie. Przynieśli wielki bukiet kwiatów w podzięce, wszystko zaczęło się układać...
|
"Serce matki"Stanisław Wyspiański "Macierzyństwo"
Jedną z moich pacjentek jest matka dwóch synów. Poznałam ją, gdy chodzili jeszcze do gimnazjum, a potem liceum. Ponieważ była to szkoła muzyczna, chłopcy mieli dużo zajęć i wyjazdów. Matka całkowicie poświęciła się rodzinie i opiece nad dziećmi. Była na każde ich zawołanie, zawoziła i odbierała z zajęć. Minęło kilka lat. Pewnego dnia przyszła i ze łzami powiedziała, że mąż odszedł do innej kobiety, a synowie odeszli z nim (w praktyce-wynajął im mieszkanie). Pacjentka odwiedza mnie co jakiś czas. Najczęściej skarży się, że synowie nie dzwonią i nie przyjeżdżają. Ale, gdy tylko się odezwą, natychmiast cieszy się. Ileż razy słyszałam od niej "Teraz na pewno wszystko się zmieni". Gdy ją odwiedzają gotuje im obiady i zawozi ich do domu. Kupuje prezenty na święta. W Dniu Matki czeka (choć) na telefon. Ale chłopacy (niestety) najczęściej mimo obietnic nie pojawiają się. Prezenty zalegają przez pół roku. A telefon w Dniu Matki nie dzwoni. A matka czeka i wciąż ma nadzieję...
|
Ojciec i dzieciVincent van Gogh
Kilka dni temu był u mnie pacjent po zawale serca, z dusznością. Nasilenie objawów niewydolności serca było tak duże, że zdecydowałam o skierowaniu go do szpitala. Pacjent nie chciał, aby zawiozła go karetka Pogotowia Ratunkowego bezpośrednio z Przychodni. Zapytałam o możliwość dojazdu do szpitala we własnym zakresie. Pacjent, który kilka minut wcześniej wręcz zrywał się z pozycji leżącej, żeby tylko jak najprędzej usiąść, bo lepiej mu się oddychało zaczął mi mówić, że do domu dojedzie autobusem. Tam się spakuje i do szpitala też pojedzie autobusem.
Zapytałam o inne możliwości i w końcu wręcz o dzieci. Na to pytanie pacjent wyraźnie się zaniepokoił. Poprosiłam o numer telefonu do dzieci lub domu. Chory jeszcze bardziej się zdenerwował i oznajmił, że sam zadzwoni. Wykonał w sumie trzy telefony. Pierwszy syn nie mógł, bo ma własną firmę na Giełdzie na Franowie. Drugi syn też nie mógł, bo był poza Poznaniem. Na synach nie zrobiło wrażenia, że stan ojca jest zły i musi jechać do szpitala. Mieli swoje sprawy. Ponadto kazali ojcu zadzwonić z informacją co się z nim dalej będzie działo. Została jeszcze córka. Ta akurat wracała z pracy. Przyjechała po ojca i zawiozła go do szpitala. Jak dobrze, że ten pacjent miał troje dzieci.
|