Ducha nie gaście |
Albowiem ilekroć niedomagam, tylekroć jestem mocny. 2Kor 12,10 |
PoniedziałekEl Greco "Chrystus uzdrawia niewidomego"
Wchodzę do poczekalni. Jak na poniedziałek niegroźnie - 21 osób zarejestrowanych, ale już po kilku minutach kończy się rejestracja i zaczynają dzwonić telefony. Pacjenci przez telefon mówią, że koniecznie muszą być dziś przyjęci, bo źle się czują lub pracują i nie mogą wcześniej się zarejestrować lub że od kilku dni nie mogą się do mnie dostać. Jedną z dzwoniących jest świeżo upieczona mama "Bardzo potrzebuję porady pani doktor, przyjadę nawet prywatnie, ale proszę mnie przyjąć". Mówię, aby przyjechała pod koniec (oczywiście nie odpłatnie). Przez gabinet przewijają się pacjenci. Wchodzi rejestratorka i prosi o wypisanie pilnie recepty na lek uspokajający. Patrzę kto, aż tak pilnie potrzebuje leku. Widzę nazwisko młodego człowieka, którego już od dłuższego czasu podejrzewam o lekomanię. Mimo, że nie jest zarejestrowany proszę, by wszedł do gabinetu. Wyliczam dokładnie ile opakowań leków (w sumie trzech rodzajów) pobrał od stycznia tego roku. Wychodzi przerażająca (nawet dla mężczyzny) ilość. Przeczy pobieraniu tylu tabletek. Ale ja muszę przyjąć, że leki zapisuje mu też psychiatra i że jako pracownik służby zdrowia może mieć jeszcze inne źródła. Rozmawiamy o konieczności leczenia przyczynowego i zgłoszenie problemu psychiatrze. Pacjent, o dziwo, przyjmuje to co mówię ze spokojem. Rozumie dlaczego odmawiam. W sumie poświęcam mu 30 minut. W międzyczasie zgłoszono mi dwie wizyty domowe. Jedno z wezwań jest pilne i choć po 18 opiekę przejmuje Pogotowie Ratunkowe decyduję, że pojadę tam dzisiaj. Myślę: "Może jakoś zdążę na Nabożeństwo Czerwcowe". Po chwili wchodzi młoda kobieta z dzieckiem pytając czy ją przyjmę. Właściwie potrzebuje tylko receptę na antybiotyk do kontynuacji leczenia przez pediatrę. Ale w jej ocenie z dzieckiem nie jest lepiej. Przyjmuję chorych dalej. W międzyczasie jeszcze kilka osób, wpatrując się we mnie z nadzieją w oczach, pyta czy ich także przyjmę. Zgadzam się, bo każdy ma ważną sprawę. Do gabinetu wchodzi opisana już matka z dzieckiem. Dziecko trzeba jednak zbadać. Decyduję o kontynuacji leczenia rozpoczętym lekiem. Rejestratorka informuje mnie, że przyszedł pan M., któremu kończy się zwolnienie lekarskie. Z szybkiego wyliczenia wynika, że za 40 dni wykorzysta też zasiłek chorobowy i zostanie bez środków do życia. To pacjent, dla którego przepisy ZUS-owskie są czarną magią. Wytłumaczenie mu o co chodzi zajęłoby mi dużo czasu, a przecież muszę mu tez wypisać wniosek na rentę. Zmęczenie powoli daje się we znaki. Proszę, by przyszedł jutro. Zbliża się koniec pracy. Dobiłyśmy ostatecznie do 48 numerów. Teraz wchodzi umówiona mama. Już na początku zalewa się łzami. Pamiętam ją, gdy kilka lat temu na moje pytanie o plany macierzyńskie odpowiedziała, że jeszcze nie, najpierw praca, mieszkanie, samochód. Gdy zdecydowała się na ciążę okazało się, że to nie takie proste. Leczyła się ok.2 lat. Lekarze orzekli, że przy jej chorobie ma niewielką szansę. Ale Pan Bóg się ulitował. Od położnej już wcześniej wiedziałam, że miała bardzo ciężki poród, dziecko było niedotlenione, a ona sama wyszła ze szpitala z ciężką anemią i zakażeniem układu moczowego. Pacjentka przez łzy opowiada, jak bardzo źle się czuje. Właśnie kończy antybiotyk, z powodu szkarlatyny. Dziecko stale chce jeść, nie ma jej kto pomóc, to wszystko nie tak miało być. Rozmawiamy o "urokach" i urokach macierzyństwa, o depresji poporodowej. Przekazuję swoje zalecenia. Siedzę z pacjentką w gabinecie 40 minut, z tego 30 minut już po czasie pracy. Gdy wychodzi uspokojona myślę, że już na pewno nie zdążę na Nabożeństwo Czerwcowe. Czeka mnie jeszcze wizyta u państwa I. Kilka dni temu wysłałam pana I. do szpitala. Bardzo schudł w ciągu 4 miesięcy. Na jego widok pomyślałam, że dla niego zaczęła się już powolna "droga do domu Ojca". Od miesiąca ma nawracające gorączki. Kiedyś był dyrektorem firmy. Teraz leży sparaliżowany w łóżku. Nie mówi z powodu afazji. Jest całkowicie zależny od swojej żony. Od lat odwiedzam tą parę. Kiedyś kobieta pokazywała mi zdjęcia z ich 50-lecia małżeństwa. Była Msza św. w domu, goście. Teraz patrzę jak żona, która sama jest po operacji serca i ma przewlekłą niewydolność krążenia głaszcze z czułością męża. Martwi się, że jest taki kiepski i że cierpi. Chyba intuicyjnie czuje to co ja też podejrzewam. Wizyta trwa długo. W jutro wchodzę z "długiem". Czeka mnie kolejna trudna wizyta i napisanie wniosku na rentę. Gdy wchodzę do domu stęskniona córka natychmiast przykleja się do mojej nogi i mówi "Mamo! Ty mnie dzisiaj usypiasz!" Nie mogę jej odmówić. WtorekZ przedszkola udaje mi się wyjść bez udzielania korytarzowych porad lekarskich. Ale przed przychodnią czeka już na mnie kobieta. Myślę, że chce zgłosić wizytę do któregoś ze swoich rodziców. Opiekuje się tymi dwoma schorowanymi staruszkami regularnie odwiedzając z nimi specjalistów lub izby przyjęć w szpitalach. Ale tym razem okazuje się, że chodzi o jej męża. Od kilku dni po śmierci swojego ojca jest w ciągu alkoholowym. Nie zgadza się na leczenie w ośrodku. Kobieta pyta co może zrobić. Wiele razy czułam także od niej zapach alkoholu. Jestem pewna, że też ma z nim problem i że czeka mnie rozmowa w tej sprawie. W poczekalni jest czarno. Zanim wejdę do gabinetu wysłuchuję relacji jednej z rejestratorek na temat leczenia białaczki u jej babci. Próg gabinetu przekracza ze mną położna. Konsultuje karmiącą piersią położnicę z nadciśnieniem. Na biurku leży stos kartotek, choć jak oceniam jeszcze będzie widać zza nich twarze pacjentów. Jako jeden z pierwszych wchodzi starszy mężczyzna, którego leczę od lat. Pamiętam jego żonę. Zmarła nagle w szpitalu w dniu, gdy miała już z niego wyjść. Pamiętam jego rozpacz. To jeden z tych pacjentów, który rozmawia ze zmarłą żoną, jakby ta nadal żyła i codziennie zanosi jej kwiaty na cmentarz. Zawsze powtarza, że chce, aby żona już po niego przyszła. Ma takie smutne oczy. Wychodząc jak zawsze mi dziękuje, choć ja nie wiem za co. Krótko po nim wchodzi małżeństwo. Ona od wielu lat chorująca na miastenię, poruszająca się z wielkim trudem. Mąż był zawsze dla niej wielkim wsparciem. 3 miesiące temu przyszła do mnie ze łzami w oczach. U męża rozpoznano raka moczowodu, wyjątkowo pechowa lokalizacja. Gdy dał objawy stan był już bardzo zaawansowany. Teraz siedzą przede mną oboje. Mężczyzna jest w trakcie chemioterapii. Potrzebuje skierowanie na badanie kontrolne krwi. Przeglądam kartę informacyjną z opisem badania KT brzucha. Rzut oka wystarcza, żeby przekonać się, że wynik jest zły, guz się rozrasta. Pacjenci nie są tego świadomi. W czasie wizyty jeden mówi z troską o drugim, trzymają się za ręce. Opowiadają, że był moment, że on się załamał, oboje się załamali, ale teraz obiecują, że będą walczyć. Nie mam odwagi powiedzieć im prawdy. To nie jest dobry moment. Wśród kontroli pacjentów z chorobami przewlekłymi, infekcjami i bólami dociera też wczorajszy pacjent. Przychodzi jak zwykle z żoną. To kolejna para 40-latków po przejściach zdrowotnych. 3 lata temu kobieta zachorowała na zapalenie mięśnia sercowego. Byłam pełna obaw co do jej życia, bo w międzyczasie rozwinęła się u niej zatorowość płucna z następczym udarem mózgu i afazją. Teraz pobiera leki, ale jej stan jest zdecydowanie stabilny. Mężczyzna w styczniu zachorował na zapalenie płuc z odczynem opłucnowym. W kontrolnym badaniu rtg stwierdzono guza płuca. Niestety złośliwego. Pacjent jest w trakcie chemioterapii, którą znosi niezbyt dobrze. Z relacji pielęgniarki środowiskowej wiem, że małżeństwo to funkcjonuje jak papużki nierozłączki. Wszędzie chodzą razem. Nawet przy niej wyznają sobie miłość. Są dla siebie wsparciem. Niestety rokowanie dla pacjenta nie jest dobre. Do gabinetu wchodzi pani O. To już jej 9 wizyta u mnie od początku maja. Pani tej 30 lat temu kilku lekarzy powiedziało, że ma przestać wymyślać choroby. Przychodzi z karteczką zapisanych dolegliwości. Opowiada w jakiej gazecie co napisano o jednej z jej chorób. Wszystkie leki jej szkodzą. Wizytę pani O. traktuję jako lekcję cierpliwości, pokory i umartwienie jednocześnie. Ostatecznie po raz pierwszy od dawna udało mi się skończyć pracę o czasie. Czeka mnie jeszcze zaległość z wczoraj - trudna wizyta u pani H. Znam ją od lat. Zawsze miała wielkie poczucie choroby. Obiektywnie mówiąc rodzina przechodzi z nią gehennę. Całymi dniami, nocami zadręcza córkę, jej męża i wnuka swoim kaszlem, który specjalnie prowokuje. Odpluwa grudki, które zbiera do słoika i pokazuje rodzinie. Od niedawna dołączyły się objawy urojeniowe. Podejrzewa zięcia, że czyha na jej życie, pokazuje mi osad z kamienia w szklance mówiąc, że jest truta. Była kilkakrotnie w szpitalu w Gnieźnie. Pani H. już od progu zalewa mnie głośną skandowaną mową. Prawie nie sposób jej przerwać, gdy powtarza stale te same informacje. Z moich zaleceń jest niezadowolona. Nie dziwi mnie to, bo została przeleczona już wszystkimi dostępnymi lekami przez różnych specjalistów. Wychodząc z tego domu po raz kolejny myślę o wielkiej cierpliwości jaką muszą okazać pani H. domownicy. Tym bardziej, że kobieta także przy mnie rzuca poważne oskarżenia o zaniedbywanie jej przez bliskich. W mojej ocenie nie są one prawdziwe a wręcz krzywdzące. Wracam do domu. Mijam twarze ludzi. Znam imiona i nazwiska, sytuację zdrowotną i rodzinną wielu z nich. Znam też wiele życiowych problemów z którymi się borykają. ŚrodaJan Steen "Wizyta lekarska"
Środa, dzień odprawiania rano w pobliskim kościele Nabożeństwa do Matki Bożej Nieustającej Pomocy. Na pewno czeka mnie dziś spotkanie z kilkoma wielbicielkami Maryi. Nie mylę się. Już pierwsza pacjentka informuje mnie, że spieszy się do kościoła. Czuje się źle. Z całości obrazu wynika, że to wszystko nerwy. Pani potwierdza, że ostatnio faktycznie miała dużo stresów. Do gabinetu wchodzi młoda pacjentka. Tydzień temu przyniosła wyniki badań krwi. Miała ciężką niedokrwistość z niedoboru żelaza. Nie mogła iść do szpitala, bo opiekuje się dwójką dzieci. Jej mąż jeździ w trasy i na kilka dni zostaje sama. Włączyłam lek doustny i na dziś zleciłam kontrolę krwi. Ustaliłyśmy, że jeśli nie będzie poprawy to musi iść do szpitala. Wynik jest nadal zły. Jeszcze dziś po powrocie męża zgłosi się w Izbie Przyjęć. Ma 5 dni do kolejnego wyjazdu męża. To za mało, żeby ją wyrównać. Liczę jednak na to, że przetoczenie krwi poprawi stan pacjentki. Wchodzi matka z córką. Starsza z nich przed 2 miesiącami miała wykonany w Kanadzie zabieg z powodu raka okrężnicy. Jest blada, boli ją brzuch. Co chwilę zalewa się łzami. Potwierdza, że żyje w nieustannym strachu. Każdy ból to dla niej przerzut raka. Z wywiadu wynika, że chorobę wykryto przypadkowo i jest na niskim stopniu zaawansowania. Po zbadaniu i analizie wywiadu uznaję, że chora może mieć grzybicę. Zlecam leki i stosowne badania. Ale przede wszystkim uspokajam chorą. Ma naprawdę dużo szczęścia. Za drzwiami hałas. W drzwiach gabinetu pojawia się pani J. Jak zwykle chce wejść szybko, między pacjentami. Ale jej stan zdrowia ostatnio znacznie się pogorszył. Po obejrzeniu wyników badań muszę zdecydować o dalszych skierowaniach. Proszę, aby jednak poczekała na swoją kolejkę. Z panią W. oprócz udzielenia porady w sprawie jej zdrowia rozmawiam o ojcu. Był wczoraj. Po dwóch udarach ma objawy zespołu otępiennego, który dla osób niezorientowanych potrafi świetnie maskować uśmiechając się. Jednak jego oczy zdradzają nierozumienie tego co się do niego mówi. Niedawno wpuścił do domu ludzi, którzy okradli go na kilka tysięcy złotych. Nadal jeździ samochodem, choć stwarza zagrożenie na drodze. Myślimy jak to zrobić, żeby odebrano mu prawo jazdy. Wczoraj z nim o tym rozmawiałam, ale nie wiem czy rozmowa odniesie skutek. Pani J. niecierpliwie stuka pod drzwiami. Proszę aby weszła jako kolejna. Wyniki nie są złe, ale na pewno wymaga konsultacji specjalistycznej i badania usg brzucha. Wychodzę na chwilę z gabinetu i natychmiast zostaję wciągnięta w rozmowę przez jedną z rejestratorek. Pyta o swoją matkę, bardzo leciwą osobę. Niedawno zaczęła się moczyć i pogorszył się jej stan ogólny. Po kilku pytaniach decyduję, że zapisane leki są dobre i nie trzeba zwiększać ich dawek. Druga rejestratorka pyta czy zapiszę lek jej teściowej przed lotem samolotem. A trzecia mówi, że łączy rozmowę. Czasem strach wyjść z gabinetu. Ta rozmowa to zgłoszenie wizyty domowej. Następną chorą jest 45 letnia kobieta. Ma tak silne bóle kręgosłupa i drętwienie rąk, że na podstawie badań rezonansu zakwalifikowana jest do zabiegu operacyjnego w odcinku szyjnym. Ryzyko paraliżu jest nie do przewidzenia. Ale to ona musi zdecydować o operacji. Ja nie mogę jej w tym pomóc. Dzwoni telefon. To żona w sprawie męża. Informuje mnie,że przyjdzie do mnie mąż, który ma bardzo dziwny kaszel. Jedną z kolejnych pacjentek jest pani Z. To osoba, która całą sobą wyraża niezadowolenie ze swojego życia, jakiś rodzaj niespełnienia. Chwilę przed nią wyszła inna pacjentka o podobnym usposobieniu, a przy okazji szukania kartoteki pani Z. zauważyłam, że odwiedzi mnie dziś pani H., też bardzo nieszczęśliwa, samotna osoba. O pani Z. wiem, że była artystką, chyba śpiewaczką operową. Ma męża, ale nie mają dzieci. Mimo wielu prób nie udało mi się złapać kontaktu z tą kobietą. Zresztą już mi chyba na tym nie zależy. Nie mogę każdemu pomóc. Wystawiam jej potrzebne skierowania na konsultacje, na które nie pójdzie lub wróci po nich i tak niezadowolona. Pod koniec przychodzi pacjent, który 10 lat temu nie zlekceważył mojego ostrzeżenia, że ma dziwną chrypkę. Bardzo szybko poszedł do specjalisty i z powodu raka usunięto mu krtań. Opanował mowę przełykową i choć rozumienie tego co mówi wymaga wysiłku to jednak na jego widok coś we mnie się uśmiecha. Jako ostatni wchodzi mężczyzna, w sprawie którego dzwoniła żona. Na pierwszy rzut oka wygląda niezdrowo. Nie podoba mi się jego chrypka. Na moje pytanie o palenie reaguje wściekłością, co w ogóle obchodzi lekarzy czy on pali czy nie. Ponieważ ma zmiany osłuchowe w płucach daję skierowanie na rtg klatki piersiowej, na które mówi że nie pójdzie. Odmawia też zapisania leków wziewnych. Jednak ostatecznie udaje mi się wytargować jego zgodę na wykonanie rtg. Wychodzę 30 minut po czasie. Jeszcze wizyta. Starszy pacjent gorączkuje do 40 stopni. Kilka dni temu wyszedł ze szpitala. Mam nadzieję, że zlecone leki szybko przyniosą ulgę. Mija kolejny dzień pracy. Nie myślę co będzie jutro. Każdy dzień przynosi odpowiedź na pytanie co dolega któremuś z moich pacjentów, czy moje podejrzenia były słuszne. CzwartekDziś rano tak bez okazji zostałam zaproszona przez męża na wspólny obiad do naszej ulubionej greckiej tawerny. Zależy mi więc, aby wyjść trochę szybciej lub choć o czasie. Mówię o tym zaraz po wejściu do rejestracji. Dziewczyny obiecują, że postarają się mi pomóc. Ale przyjęcie czterech pacjentów zajmuje mi dwie godziny. Przeglądam szybko leżące na stole karty. I już nie mam wątpliwości. Czasem zdarzają się dni, że przychodzi wielu trudnych, absorbujących pacjentów. Taki dzień jest właśnie dziś. Na pewno nie wyjdę o czasie. Jako pierwsza wchodzi mama z kilkuletnim dzieckiem. Dziewczynka jest bardzo wrażliwa i nieśmiała. Jej choroby rozwijają się zawsze szybko i nierzadko przeradzają się w poważne stany. Mimo, że muszę być bardzo ostrożna w ocenie jej objawów i zlecaniu leków obie lubimy spotykać się w przychodni. Potem wchodzi małżeństwo. Żona mówi za siebie i za męża. Oboje byli ostatnio hospitalizowani. Pani K. wyraża swoje głębokie niezadowolenie z pobytu w szpitalu ich obojga. Ma wiele wątpliwości co do zaleceń i rozpoznań. Wszystko muszę jej tłumaczyć od nowa. Na końcu mówi: "Jestem teraz spokojniejsza. Tylko pani doktor ufam". Następna jest pani R. To starsza osoba, która należy do grupy pacjentów bardzo schorowanych, mających żal, że nie czują się dobrze, ale jednocześnie nie chcących brać żadnych leków. Za każdym razem dużo czasu zajmuje mi tłumaczenie jej jak ważne jest pobieranie leków. Niestety starcza na krótko. Najczęściej przychodzi jej córka i skarży się, że matka nie chce brać leków, bo czuje się lepiej. Jedną z następnych jest pani E. Jest dziś bardzo wzburzona. Ma problem z mężem i córką, która wyjechała do Niemiec i nie chce wrócić. Gdy pani E. jest zdenerwowana mówi tak szybko, że rozumiem tylko co któreś jej słowo. Po niej wchodzi jej sąsiadka. Starsza pani, która pół roku temu cudem uniknęła śmierci z powodu perforacji jelita. Gdy leżała w szpitalu syn-alkoholik wyciągnął jej pieniądze z banku i zapił się na śmierć. Chora wspomina syna z płaczem. Mówi, że był taki dobry, tylko miał złą żonę, która go wciągnęła w nałóg. Dzwoni pani T. Prosi o zapisanie leków uspokajających. To kobieta wychodząca z lekomanii. Po ilości i wielkości dawek orientuję się, że faktycznie je ogranicza. Dzwoni pani I. (ta z poniedziałkowej wizyty). Mąż nadal gorączkuje. Ustalamy, że pilnie musi go zobaczyć urolog. Wchodzi kolejna pacjentka. To matka pielęgniarki, która kiedyś u nas pracowała. Choć nie mieszka w naszym rejonie zgodziłam się ją przyjąć. To następna trudna osoba. Zgłasza wiele objawów. Skarży się na zaniedbywanie ze strony rodziny. Nie wiem jaka jest prawda. Pewne jest to, że jej dolegliwości nasilają się z powodu samotności. Skarżąc się stale rodzinie chce zwrócić na siebie uwagę. Jednak jej narzekania drażnią domowników. To problem wielu starszych osób. Telefonicznie zgłaszają mi wizytę domową do chorej po złamaniu szyjki kości udowej. W drzwiach staje ciężarna kobieta z bólem gardła, a za nią matka z synem. Obie pytają czy jeszcze je przyjmę. Zgadzam się. Drugą z kobiet znam dobrze. Jest moją najmłodszą pacjentką, która sprawuje opiekę nad dwojgiem schorowanych rodziców. W dwupokojowym mieszkaniu mieszkają rodzice i 4-osobowa rodzina. Jej matka jest osobą znacznie niedowidzącą. Nie wychodzi z domu. Ma trudny charakter. Mam wrażenie, że wykorzystuje swoją przewagę nad córką, która jest wobec niej bezradna. Ojciec niedawno miał drugi udar. Dużo czasu zajęło mi przekonanie go, ze musi iść do szpitala. Oboje regularnie odmawiają brania leków. Zawsze zastanawiałam się dlaczego ta drobna dziewczyna jest aż tak bardzo obciążona, przecież ma brata. Zrozumiałam, gdy go zobaczyłam. Brat jest zniszczonym przez alkohol człowiekiem. Tym razem syn pacjentki ma "tylko" anginę. Pod koniec wchodzi starszy pan. W jego ręce widzę plik dokumentów. Nie znam go z widzenia. Od razu informuje mnie, że jest tu po raz pierwszy i że zebrał dokładny wywiad co do lekarzy i nie dał się wypchnąć do kogoś innego. To miłe co mówi, ale nowy pacjent oznacza, że mimo zmęczenia muszę zebrać siły, aby przeprowadzić sensowny wywiad z kilkudziesięciu lat jego chorowania. Wizyta trwa długo. Pacjent wychodzi. Patrzę na zegarek. 10 minut po czasie. Nie byłoby źle, gdyby nie wizyta. Mąż już czeka w samochodzie. Nie jest zły, że jeszcze musimy jechać do kogoś. Chyba się przyzwyczaił. W domu chorej zastaję całą rodzinę. Takie wizyty z zasady są długie. Każdy z jej członków ma zazwyczaj pytania i bardzo często przy okazji załatwia swoje sprawy. Tak jest i tym razem. Do tego pacjentka przez kwiatek zarzuca mi zaniedbanie objawów przewlekłego niedokrwienia kończyny, które w szpitalu się zaostrzyło i groziła jej amputacja palców. Szybko spoglądam w kartotekę. Nie, nie zaniedbałam niczego. Pogorszenie ukrwienia ma związek z urazem, ale przede wszystkim z 6-tygodniowym leżeniem u chorej z wieloletnim wywiadem cukrzycowym. Wychodzę. Uff! Dzień pracy się kończy. Jestem głodna i zmęczona. Idąc w kierunku samochodu staram się zostawić za sobą wszystkie negatywne emocje, którymi był wypełniony dzisiejszy dzień. Gdybym tego nie potrafiła nie mogłabym być lekarzem. PiątekTydzień kończy się popołudniówką. Mimo, że są to godziny przyjęć zarezerwowane dla osób pracujących cztery pierwsze osoby to emeryci. Każdy z nich ma ważny powód, żeby przyjść po południu. Jedno małżeństwo po raz kolejny próbuje wręcz wymusić na mnie zgodę na przychodzenie w czasie zarezerwowanym dla pracujących. Grzecznie odmawiam. Jedną z pacjentek jest młoda kobieta. Pierwszy raz widziałam ją dwa lata temu. Miała wtedy bardzo duży spadek odporności. Wróciła do zdrowia, ale teraz przyszła z objawami takimi jak wtedy, gdy wszystko się zaczynało. Badania krwi potwierdzają, że jej odporność obniża się. Rozmawiamy o jej sytuacji. Kilka dni temu jej kilkuletnia chora na cukrzycę córka wyszła ze szpitala. Miała poważną hipoglikemię. Matka co noc wstaje i bada jej poziom cukru we krwi. Z rozmowy wynika, że nie ma wsparcia w mężu. Prawdopodobnie ojciec nie może pogodzić się z chorobą dziecka. Zamyka się w sobie, nie chce o tym rozmawiać. Od niedawna jest pod opieką psychologa. Miejmy nadzieję, że on a tym samym pośrednio żona otrzyma pomoc. Dzwoni pani I. Stan męża się pogarsza, nasilają się objawy niewydolności krążenia. Po 18 będzie urolog. Mówię szczerze o swoich obawach co do jego życia. Pani I. zdaje sobie z tego sprawę. Nie chce oddać męża do szpitala, bo go znowu odeślą. Pytam co na to dzieci. Dzieci matce pozostawiły decyzję co do ewentualnej hospitalizacji. Rejestratorka informuje mnie, że przyszła starsza kobieta, która źle się czuje. Przyjmuję ją poza kolejką. Ma duszność. Badanie EKG potwierdza napad arytmii. Musi jechać do szpitala. Nie chce. Siadam na wprost niej. Patrzę w jej przerażone oczy i zaczynam tłumaczyć. Po raz nie wiem który w życiu (i myślę, że napisanie tego nie jest nadużyciem) mam wrażenie, że razem ze mną nad chorą, bezbronną osobą pochyla się sam Chrystus. Pacjentka zgadza się. Dzwonimy do rodziny z informacją, że zabierze ją Pogotowie Ratunkowe. Pacjentka uspokaja się. Czeka pod opieką pielęgniarki. Wchodzi kolejna młoda kobieta. Ma nawracające infekcje. Znam ją od lat. Pamiętam jak opowiadała o tym, że wychodzi za mąż. Potem urodziła synka. Wyprowadzili się z mężem do innego miasta. Od roku wróciła z powrotem. Jest kłębkiem nerwów. Są po rozwodzie. Mąż okłamywał ją. Brał kredyty bez jej zgody. Ciążyły na niej jego zobowiązania finansowe. Teraz mieszka z synem. Aktualnie chłopiec jest na kilkudniowej przepustce ze szpitala. W ramach "doświadczeń" włożył do ognia obie ręce i mocno je poparzył. Pojawia się też pani Z. Przychodzi z badaniami. Nie czuje się lepiej. Prawidłowe wyniki pozwalają mi po raz kolejny potwierdzić swoje przypuszczenie, że złe samopoczucie pani Z. ma w dużym stopniu podłoże psychogenne. Ale dziś o dziwo pani Z. się trochę uśmiecha... Jedną z ostatnich pacjentek jest córka, która przychodzi w sprawie matki. Cztery tygodnie temu były u mnie obie. Kobieta była w złym stanie ogólnym, miała zapalenie płuc. Nie chciała iść do szpitala. Zdecydowałam o leczeniu w domu i zrobieniu badań. W rtg wyszedł duży guz płuca. Córka przyniosła wypis ze szpitala. Niestety choroba jest tak zaawansowana, że nie można włączyć żadnego leczenia. Po raz kolejny będę świadkiem powolnego umierania 58-letniej kobiety. Myślę o panu I. Nie jestem pewna czy dożyje poniedziałku. Dzień dobiega końca. Wyjdę punktualnie. To dobrze. Zdążę nie tylko na Nabożeństwo Czerwcowe, ale też na Mszę św. patrz MODLITWA I Aneks. Pan I. przeżył jeszcze tydzień. 58-letnia kobieta z rakiem płuca zmarła po pięciu dniach, odmówiła przyjmowania jakichkolwiek leków... |
Komentarz ks. Daniela:Droga Pani ... . Z olbrzymim zaciekawieniem przeczytałem TYDZIEŃ Z ŻYCIA... i jestem pełen uznania wobec tego, co często musi Pani dokonywać. Myślę, że tak jak brewiarz w życiu księdza jest "modlitewnym obowiązkiem" tak w przypadku lekarza brewiarzem jest danie nadziei tym, którzy pojawią się w przychodni lekarskiej (i nie tylko). Niech PAN BÓG błogosławi + . Życzę niezwykłej siły! |